środa, sierpnia 24, 2016

Koniec? A może początek?

KONIEC?
Rozważam zakończenie pisania tego bloga...
Dzieci zajmują w moim życiu, sercu i codzienności pierwsze miejsce. To oczywiste. Ale to do czego ostatnio doszłam to fakt, że nie ma w tym wszystkim mnie. Nie dbam o siebie. Nie jestem dla siebie dobra. Zapomniałam o sobie. Zatraciłam się w tym matkowaniu. Skoro ja nie jestem dla siebie dobra, to kto będzie? Czy można być kochanym dla innych, skoro należycie nie kocha się siebie? 

CZAS NA ZMIANY!
Niebawem będę mieć w domu trzy dziewczynki. Te dziewczynki staną się kiedyś kobietami. I wiecie co? To ode mnie zależy, jak same będą się traktować. One patrzą i będą patrzeć na MNIE. To ja jestem dla nich pierwszym wzorem, powinnam być. Wzorem kobiety. Pewnej siebie, zadbanej, uśmiechniętej, tętniącej życiem. Nie wiecznie zmęczonej kury domowej z podkrążonymi oczami, co to już nawet nie zauważa swoich nieumytych włosów, starych zniszczonych ubrań i objawów jakiejś choroby. 

ODDANIE, MIŁOŚĆ BEZWARUNKOWA, POŚWIĘCENIE...
czy to źle, że kobieta czyni to swoim dzieciom, mężowi? Nie! To należy czynić każdemu człowiekowi. Sobie także! 
Problemy zaczynają się, kiedy do tego stopnia nie lubisz siebie, że się zaniedbujesz. Ale powiem Ci jedno: wówczas nie lubisz się jeszcze bardziej. Taka prawda. I koło się zamyka.

TRZECIA CIĄŻA
Nie wiem, jak było u Was, ale dla mnie każda ciąża to okres, kiedy masakrycznie spada mi poczucie własnej wartości podczas patrzenia w lustro. Czuję się mega niekobieco i mega nieatrakcyjnie. A ta ciąża jest chyba najgorsza pod tym względem.
Po drugiej ciąży niemal od razu po porodzie wróciła mi waga sprzed ciąży, a w pół roku po ważyłam 5kg mniej niż przed ciążą. 52kg. Latałam nad ziemią. Czułam się rewelacyjnie. Bardzo zdrowo się odżywialiśmy, odrzuciłam całkowicie pszenicę i słodycze, wcale mi tego nie brakowało. Bazowałam na jaglance, owsiance, kaszach, warzywach i dobrych rybach. Mięso też się zdarzało. Byłam zdrowa, nigdy nie miałam tak wysokiej hemoglobiny, cera promieniała. Chciało mi się jeszcze więcej tego zdrowia. Ruchu. Planowałam właśnie zakup rolek, bo biegania nie znoszę. I wtedy dwie kreski. I apetyt tak wielki jak nigdy w życiu, na wszystko. W poprzednich ciążach odrzucało mnie od jedzenia. Teraz nie mam hamulców. Tzn. staram się je mieć, ale ciężko mi to idzie. Wróciłam do pszennych buł, bo pierwszym objawem ciąży był odruch wymiotny na widok jaglanki i owsianki. Spadł nastrój. Cera się pogorszyła. Brak mi sił. Nie mogę patrzeć w lustro.

WRESZCIE POWIEDZIAŁAM "STOP!"
Nie zamierzam już więcej zrzędzić. Pora wziąć się w garść. Umiem zdrowo jeść. I czas wrócić na dawne prawidłowe tory. Nie będę sobie odpuszczać, bo ciąża i i tak czuję się fatalnie. Wcale nie muszę się tak czuć. I czekać na poród, by wrócić do dobrych nawyków. Wszystko w moich rękach.

POWÓD
Postanowiłam, że trzecia ciąża i trzecie dziecko to będzie ten powód, dla którego wreszcie zacznę troszczyć się o siebie. O swoje ciało i duszę. Bo jak nie teraz to kiedy? No, kiedy? Nie chcę być sfrustrowaną matką. A widzę, że taka zaczynam się robić. A co będzie przy trójce szkrabów?
Ponadto pragnę, by moje córki były szczęśliwymi, spełnionymi kobietami. By czuły się wartościowe. I wyrosną na takie, pod warunkiem, że w domu będą miały matkę emanującą pozytywną kobiecością i delikatnością. 

PLAN
Wracam do zdrowego odżywiania i pielęgnacji ciała, która nie ogranicza się tylko do szybkiego prysznica.
Zamierzam nauczyć się także: korzystać z wolnych sekund w ciągu dnia (książka, film, serial, domowe spa), cieszyć się małymi rzeczami (ciepła kawa?), kupować tylko dla siebie, zostawiać dziewczynki M. i spędzać czas z samą sobą, ale też od czasu do czasu podrzucać je teściom i spędzać wieczór z mężem. Tego też mi brakuje. Partnera, nie tylko ojca moich dzieci. I nie chcę wtedy jechać z nim do Ikei po szafkę do pokoju. Chcę randek. Chcę kina, restauracji. Chcę uczucia, dreszczyku namiętności. Chcę wiedzieć, że jeszcze coś dla siebie znaczymy, że mamy o czym ze sobą rozmawiać.
Do tej pory bałam się, że jeżeli zostawię dzieci pod opieką kogoś innego to świat się zawali. Ciągle nie mogę się przełamać, by zostawić Nelkę na noc u dziadków, chociaż wielokrotnie to proponowali.

CO Z TEGO WYNIKNIE?
Same pozytywy. Wierzę w to. Będę bardziej cierpliwa. Będę mniej się złościć, mniej obwiniać innych. Sama sobie dam to, czego potrzebuję. Bo nikt nie wie lepiej ode mnie, co jest dla mnie dobre. 
Przy dwójce, a potem trójce dzieci nie będzie łatwo, ale nie musi być, prawda? :) I tak podołam. Bo ja też jestem WAŻNA. I MUSZĘ się opiekować SOBĄ, by mieć siłę opiekować się moją rodziną.

NOWY BLOG
Mam zamiar stworzyć bloga o mnie i dla mnie. O kobiecie. Wyłączam temat dzieci w sieci. Dziewczynki są w moim życiu na co dzień, tutaj będę tylko ja. Po co od razu blog? Chcę kontrolować swoje postępy, swoje myślenie. Chcę widzieć, czy w ogóle się zmieniam. Nie chodzi tu tylko o zmiany w obszarze jedzenia, ciała. Chodzi także o psychikę. Bo z nią pracować najciężej. Ale właśnie tu potrzebna jest największa rewolucja.

Jak tylko blog będzie gotowy, zaproszę Was. Może się przyłączycie i razem ze mną zawalczycie o siebie?

P.S.
Już nieraz wspominałyście, że lubicie mój blog w takiej formie jak jest teraz, wpisy o naszej codzienności itd. Niestety, ja nie odczuwam już przyjemności z pisania tutaj. Wypaliłam się chyba. Ale za to bardzo lubię Was. I dziękuję, że byłyście i wspierałyście dobrym słowem. Zrozumiem, jeżeli nie zjawicie się w nowym miejscu, a Wy zrozumcie, że mi taka zmiana jest potrzebna :)

Trzymajcie się! Buziaki!


czwartek, sierpnia 18, 2016

A jednak!

Wczorajsza wizyta u ginekologa wprawiła mnie w osłupienie. W tym szoku trwam w sumie do dziś. Bo niby się nie nastawiałam, ale nadzieja była. 
Lekarz się pomylił. Teraz jest pewien, że w brzuchu noszę kolejną DZEWUSZKĘ! :D

Cieszę się, nie powiem, że nie. Dziewczynki są fajne. 
To nie chodzi o dziecko. Tylko w sercu mnie gdzieś kłuje, bo kolejna ciąża jest już raczej niemożliwa, więc nigdy nie dowiem się, jak to jest być mamą chłopca. Ale... nie powiedziane, że nawet gdybym mogła zajść czwarty raz, to trafiłby się chłopak, tak? Więc nie ma się czym przejmować. 
Imię tylko wymyślić trzeba, bo typów brakuje póki co ;) I to w miarę szybko, bo lubię o dziecku, które noszę pod sercem mówić już w ciąży po imieniu.

A od kilku dni czuję delikatne ruchy Malutkiej :)



wtorek, sierpnia 16, 2016

Jak jest? Jak będzie? Pięknie!

Nie było mnie tutaj prawie dwa miesiące, a czuję, jakbym stukała w klawiaturę wczoraj. Wciąż obiecuję sobie, że wrócę do regularnego pisania, bo i jest o czym pisać, ale dni umykają nie wiadomo kiedy, a ja wieczorami usypiam jeszcze przed dziećmi. 

W ostatnim poście napisałam, że nie mam na nic sił. Hm, w sumie wiele się w tej kwestii nie zmieniło. Ale jak patrzę wstecz, ile pomimo to udało nam się zrobić, to jestem w lekkim szoku. Odhaczyliśmy z M. milion ważnych spraw, które planowaliśmy na potem. Ale o tym za chwilę. 


Wakacje nad morzem udały się i nie. W sumie niewiele odpoczęliśmy, bo raz, że pogoda nie pozwalała na wylegiwanie się na plaży i, chcąc zapewnić trochę atrakcji sobie i dzieciom, musieliśmy się odrobinę nachodzić. Dwa, generalnie sam fakt posiadania dwójki dzieci plus moja ciąża nie pozwalał na poważniejszy odpoczynek :) 
Wciąż musiałam pilnować Anielci, by nie zjadała piachu i odciągać ją od niego, bo przemierzała plażę niczym koparka. Nel z kolei przez cały pobyt odmawiała jedzenia posiłków, które mieliśmy wykupione w hotelu. Ba, prócz lodów, nie chciała jeść kompletnie nic, więc bez stresów na tym tle się nie obyło. 
Plus natomiast jest taki, że udało mi się przeczytać JEDNĄ książkę w tym czasie, co jest prawdziwym wyczynem, ale to także zawdzięczam pogodzie, bo kiedy były ulewy takie, że nijak nie dało się wyjść z hotelu, to w pokoju trzeba było sobie jednak jakoś ten czas organizować.


Zaraz po powrocie do domu zakupiliśmy farby i planowaliśmy powolne malowanie mieszkania. Wiecie, na spokojnie, co weekend po jednym pomieszczeniu. M. tak się zawziął, że pomalował wszystko w pięć dni. Na spokojnie to to nie było. Trochę nerwów. Ale skończyliśmy. Całkowity remont mieszkania zwieńczyła setna już wizyta w Ikei. Parę mebli, kilka drobnych akcentów dekoracyjnych. Gotowe! Uff... Można odsapnąć. 


W międzyczasie trafiła się wizyta u gina. Dostałam leki na podtrzymanie ciąży, ponieważ bóle w podbrzuszu nie dawały mi normalnie funkcjonować. Wówczas wstępnie dowiedzieliśmy się też, że w brzuszku noszę prawdopodobnie... CHŁOPCA! :D Wielka radość, chociaż jakże niepewna ;) (toż to 12 tydz. ciąży dopiero był).


Przygotowania na przyjście trzeciego dziecka są praktycznie żadne. Ciągle mam wrażenie, że przede mną jeszcze tak dużo czasu, chociaż w tym tygodniu zacznę 18. tydzień! 
Pierwszą rzeczą, o jakiej pomyśleliśmy, kiedy na teście pojawiły się dwie kreski było to, że... trzeba będzie kupić jeszcze większe auto. Mamy co prawda dość przestronnego vana, ale jest zbyt "wąski", by pomieścić trzy foteliki na tylnej kanapie. Zakup samochodu odkładaliśmy na ostatnie miesiące ciąży, jednak M. zaczął się rozglądać i... wczoraj wyłożyliśmy gotówkę i jeździmy już czymś innym :D


Krótko mówiąc, jak tu nie być szczęśliwym? Mam już wszystko. Zdrową rodzinę, własne mieszkanie, dobry samochód. Nie mam na głowie kredytu, a na wszystko zapracowaliśmy sobie zupełnie sami. Nie muszę martwić się bezzasadnie o przyszłość. Wiadomo, wypadki losowe się zdarzają, ale nie o to w życiu chodzi, by nastawiać się na coś złego. 


Co dalej? 

Nie mam raczej widoków na to, że Nelka dostanie się jeszcze w tym roku do przedszkola. Niestety, przegapiłam trochę zapisy, zresztą w tamtym czasie nie sądziłam, że będę chciała, by chodziła. Dopiero ciąża dała mi trochę do myślenia, że jednak czas dla Nel jeszcze bardziej mi się skurczy po porodzie, więc dobrze byłoby, żeby nie nudziła się w domu. Ona bardzo chce iść. 
Myślałam nad prywatnym przedszkolem, ale, niestety, musiałabym ją dowozić do miasta, a nie bardzo mam czym, ponieważ autem jeździ M. do pracy. Zakup drugiego samochodu tylko na ten cel jest bezsensowny, poza tym musiałabym zabierać ze sobą całą ferajnę. Ciężka sprawa, zwłaszcza jak już urodzę. 
To jest minus naszej przeprowadzki na prowincję. Mamy przedszkole, kilka bloków dalej, ale tak jak piszę, na ten moment nie da się już chyba nic zrobić. Może za rok. 
Póki co planuję rozpocząć z Nel naukę czytania globalnego. Zawsze to kilka chwil tylko z nią więcej, a i jakiś tam pożytek z tego będzie przy okazji. 


Co do siebie to głęboko rozważam rozpoczęcie nauki zaocznej od października. Mam milion wątpliwości, bo M. sam z dziećmi będzie zostawał w weekendy, bo potem poród i co dalej, bo beze mnie świat im się zawali... Ale jak nie teraz to kiedy? Kiedyś trzeba chociażby zacząć. Nie podjęłam jeszcze ostatecznej decyzji, ale nie chcę się zamykać na tą życiową furtkę tylko dlatego, że mam dzieci. Tak, do tej pory to była moja ulubiona wymówka - co robisz dla siebie? Aaa, nic, bo dzieci. 
Potrzeba mi czegoś innego, jakiejś odmiany. Życie dziećmi i domem jest fajne, ale przez rok, dwa. Ja siedzę już cztery i wizje na przyszłość mam, jakie mam, wiecie ;) Za chwilę ugrzęznę w jeszcze większej ilości pieluch i dla zdrowia psychicznego wypadałoby mieć jakąś odskocznię.

To tyle na dziś. 
Napiszę pewnie jutro, po kolejnej wizycie u gina. Ciekawa jestem bardzo, czy potwierdzi się płeć. Trzymajcie kciuki :)



































czwartek, czerwca 23, 2016

Myśli codzienne

Znów wszystko stoi w miejscu. 

Mieszkanie jeszcze w dość surowym stanie. Teraz nie mam siły na dekorowanie i upiększanie. Teraz muszę odpoczywać. 
Te początki ciąży są najgorsze. Zero energii. Odrobina wysiłku i boli mnie brzuch. 

Palcem nie chce mi się kiwnąć. O ile jakiś obiad i ogólne ogarnięcie mieszkania musi nastąpić każdego dnia, o tyle na nic ponadto nie mam sił.
A w głowie tyle pomysłów i planów. Na urządzenie pokoiku dziewczynek. Niby urządzony, ale ciągle czegoś mi w nim brakuje. Jakiegoś ciepła. Zostawiam to sobie na potem. 
"Zwolnij!" i "Daj sobie odrobinę czasu..." - mantruję.

Półtora tygodnia pozostało do naszego wyjazdu nad morze. Dwa tygodnie całkowitej laby, bez sprzątania i gotowania. Mam nadzieję, że moje hormony nie zepsują tego rodzinnego czasu. I że w ogóle damy radę tam dojechać z naszymi rozdarciuchami.

Jeszcze nie mogę uwierzyć, że będzie nas pięcioro. Toż i auto musimy wymienić na jeszcze większe. Tyle się zmieni. Na razie widzimy jedynie, a nawet głównie, plusy tego stanu rzeczy. Za te kilka miesięcy pewnie zmęczenie przyciśnie nas do ziemi i cierpliwość na kilogramy będziemy kupować, ale i szczęścia będzie znacznie więcej. O, to na pewno!

Tyle myśli kotłuje mi się w głowie. Ale nie, nie boję się. Nie boję się tak, jak bałam się w ciąży z Anielką. Np. o to jak Nel zaakceptuje... "konkurencję". Nelcia zareagowała super na Anielkę i już teraz cieszy się z kolejnego maleństwa w brzuchu. Anielka... cóż, ona jeszcze niewiele będzie rozumieć (a w przyszłości pamiętać) z tego okresu, więc posiadanie rodzeństwa będzie dla niej bardzo, bardzo naturalną rzeczą. 

Hormony nie mają dla mnie litości. Histerycznie się śmieję zamiennie ze spazmatycznym płaczem. Jak zwykle w ciąży - najbardziej po dupie dostaję od tych hormonów. 

Mdłości nie pozwalają mi jeść. Żołądek ciągle burczy z głodu. Głód=mdłości. Po jedzeniu mdłości. Weź tu bądź, człowieku, mądry...

O, i nowa dolegliwość doszła. Nocna bezsenność połączona z niemożnością znalezienia odpowiedniej pozycji i, w konsekwencji, z bólem kręgosłupa. Na domiar złego - upały... I love it!
Ciąża latem to zdecydowanie zły pomysł.

poniedziałek, czerwca 20, 2016

8. tydzień ciąży. O początkach

Nie było na co dłużej czekać - 15 czerwca udałam się na wizytę do ginekologa. Porzuciłam lekarza z rodzinnego miasta, któremu byłam wierna od nastoletnich lat. Nie sprawdził się przy żadnej z poprzednich ciąż. Wybrałam takiego, który w okolicy, w której teraz mieszkam, cieszy się najlepszą opinią. Prywatnego, bo chcę być pod dobrą opieką. Takiego, który kieruje do łodzkiego Medeora, gdzie, już wiem, chcę tym razem rodzić. W końcu to 3 ciąża, w dodatku po poronieniu i dwóch cesarskich cięciach, z których ostatnie było dopiero 8 miesięcy temu!

Jestem obecnie w 8 tygodniu ciąży.
Termin porodu mam na 27 stycznia 2017r.

Dzieciątko w brzuszku ma się dobrze. Na wizycie mierzyło 8,7 mm, co dawało nam konkretnie 6t6d ciąży (nie mogłam sobie sama tego wyliczyć, ponieważ po poprzednim porodzie nie wróciły mi jeszcze cykle). Serduszko bije.

Ja czuję się zaskakująco dobrze. W tym momencie najbardziej doskwierają mi mdłości wieczorno-poranne, ale nie są one jakoś szczególnie silne. Mam wilczy apetyt, odrzuca mnie tylko od kilku rzeczy, całą resztę mogłabym jeść i jeść, i jeść...

Psychicznie kuleję. Jednocześnie próbuję oswoić się z wizją trójki malutkich dzieci w domu, przegonić lęki dotyczące straty ciąży i wyjść z szoku spowodowanego tym całym nagle odmienionym stanem.


Wiadomość o ciąży sparaliżowała mnie w przychodni, kiedy siedziałam w gigantycznej kolejce prowadzącej do gabinetu RTG. Kolejny ząb do leczenia kanałowego wymagał zdjęcia. Czekałam tak i zastanawiałam się, jak strasznie się ostatnio czuję. Potykam się o własne nogi, prawie mdleję, notorycznie przysypiam i odrzuca mnie od ulubionego jedzenia i kawy. Oczywiście, myśl o ewentualnej ciąży odsuwałam jak najdalej. Byłam przemęczona. Marcin już trzeci tydzień siedział na poligonie, a ja znów sama musiałam sprostać rzeczywistości. To było idealne wytłumaczenie. Ale gdzieś tam świtała mi w głowie myśl, że test by nie zaszkodził, tym bardziej że gdyby jednak (he, he, ale to tylko na wszelki wypadek, przecież w ciąży nie jestem) to RTG mogłoby potencjalnemu maleństwu zaszkodzić. Niedużo myśląc, wyszłam więc na moment z kolejki, skoczyłam do apteki i... ujrzałam dwie kreski w przychodniowej toalecie

Ścięło mnie z nóg. Było mi tak słabo, że do auta doszłam, zataczając się jak pijana. Kręciło mi się w głowie. Bo jak to możliwe? Nie mam cyklów. Karmię. Od października miałam iść do szkoły. W lipcu wakacje nad morzem. Biznesplan. To wszystko na mnie czekało. A teraz znów się odwlecze o kilka lat.
Nie odpoczęłam jeszcze należycie. Czuję, jakbym najdalej wczoraj była w ciąży z Anielką. Ona taka malutka...

To nie tak, że trzecie dziecko było nieplanowane. Mieliśmy je w planach, ale trochę później. Chciałam zostać mamą za parę lat, być trochę inna, dojrzalsza, z "odchowanymi" i mniej absorbującymi dziewczynkami. 

Stało się. Nie rozpaczam. Nie lamentuję. Może to właśnie najlepszy czas? Cieszę się tą chwilą, naprawdę. Cieszę się tą moją ciążą, pewnie ostatnią, bo lekarz kategorycznie zabrania kolejnej.

Jedyne co mnie paraliżuje to strach o Dzieciątko. Boję się, że ta ciąża może zakończyć się niepowodzeniem. Komplikacjami. A co jeżeli łożysko umiejscowi się w bliźnie... Wiem, że nie powinnam o tym myśleć, ale to silniejsze ode mnie.
Martwię się. Bo czuję ogromną miłość do tego Okruszka. Choć pojawił się tak niespodziewanie, zawładnął już moim sercem. Kolejne szczęście. Może chłopiec... :)


wtorek, czerwca 14, 2016

Taka historia:


Jem jak opętana. Śpię jak zabita. Męczę się jak hipopotam.
Mdli mnie co rano. Sikam co noc.
Słabo mi. Boli mnie serce. Opadłam z sił...

Całkiem niespodziewanie zapukała do nas kolejna Dziecina.
Jest radość. Są i niepokoje.
Jak to zwykle w życiu bywa...

Póki co wiem jedno:
Trójka. Będzie się działo!

sobota, maja 07, 2016

O stabilizacji refleksja



Życie to nieustanny ruch.

Nie jest prawdą, że aby poczuć się bezpiecznym i szczęśliwym, należy osiągnąć stabilizację.

Myślałam, że chodzi właśnie o to, by wszystko było pewne, by czuć grunt pod stopami.
Ale okazuje się, że to takie nudne. Jak osiągnięty już cel.
A piękniejsza od samego celu jest przecież droga do niego.

Ja nie chcę siadać. Chcę wiedzieć, że nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa, że coś dobrego jeszcze na mnie czeka, że czegoś mogę jeszcze dokonać.

Zmiany są trudne, to fakt, ale jakże potrzebne. Dzięki nim jest kolorowo.

Mówią, że ustabilizowany znaczy dojrzały. Chyba wolę być niedojrzała i z uśmiechem patrzeć w niebo. Z głową w chmurach iść przez świat. Cisnąć życie jak cytrynę.

Mówią, że starych drzew się nie przesadza. Dlatego zamiast wrastać w ziemię, wolę pozostać wolnym liściem. Urywać się i lecieć dalej. Nie przywiązywać się do rzeczy materialnych.

Znacznie lepiej przywiązać się do ludzi. Ukochanych.

I razem odkrywać świat.