Con esperanza por la vida...

czwartek, marca 15, 2012

Swojego męża, M., poznałam 3,5 roku temu. Od razu wiedzieliśmy, że chcemy być ze sobą do końca życia. Dziewięć miesięcy temu wzięliśmy ślub...

Jeszcze przed ślubem dowiedzieliśmy się, że dzieci możemy nie mieć. Mimo to jakoś nie dopuszczałam do siebie myśli, że nigdy nie zostanę matką, zresztą wówczas nie planowaliśmy potomstwa, miałam iść na studia... Cztery miesiące temu stwierdziliśmy, że powinniśmy zacząć się starać, biorąc pod uwagę fakt, że jeżeli ma się w ogóle udać, to nieprędko.
Zaczęłam mocno modlić się o dziecko, zdrowo się odżywiać, uważać na siebie. Myślałam wtedy o dziecku jak o bliższej lub dalszej przyszłości, nie odczuwałam żadnej presji, by to było już, chociaż bardzo, bardzo tego pragnęłam. Przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że planując ciążę, mogę jednocześnie nosić już pod sercem moje maleństwo. A tak właśnie było, chociaż "nie zauważałam" oznak ciąży. Mdłości, zgagę, ból piersi zagłuszała myśl, że to niemożliwe, że za szybko, że tak na dobrą sprawę to nie zaczęliśmy się nawet aktywnie starać.
Kiedy zdałam sobie sprawę z ciąży, a właściwie kiedy zrobiłam 9 domowych testów ciążowych w ciągu 1,5 tygodnia i test z krwi, nadal nie dowierzałam, choć nie było już wątpliwości. Nastąpiła radość, dziwnie hamowana jednak kobiecą intuicją. Moja mama płakała ze szczęścia, a ja bałam się, czułam, że coś jest nie tak. Nie było dnia podczas tej ciąży, żebym nie modliła się o zdrowie dziecka. Błagałam Boga, żeby podświadomość płatała mi  figle. A jednak...
Pewnego dnia zaczęłam krwawić. Potem był szpital, jeszcze nadzieja, następnie zabieg... Niewiele z tego pamiętam.

Poroniłam mojego Aniołka w końcu drugiego miesiąca ciąży, chociaż prawdopodobnie ciąża obumarła już wcześniej. Pan Bóg zabrał mi moje szczęście... Czasem zadaję Mu pytanie, czemu mi to zrobił, czasem nie umiem zrozumieć, często płaczę i nadal nie mogę sobie z tym poradzić, ale jednocześnie wierzę, że stało się to w jakimś celu i że niedługo Bóg obdarzy mnie kolejnym dzidziusiem, że będę płakać tylko na widok swojego dziecka, a nie cudzego, że następna ciąża przebiegnie prawidłowo, a my po 9 miesiącach będziemy mogli tulić swoje dzieciątko.
To tak bardzo boli... Tracić swoje dziecko i nie móc nic, kompletnie nic, na to poradzić.

I tak zaczęła się moja historia o rozpaczliwym dążeniu do ponownego zajścia w ciążę. O walce z wyrzutami sumienia, że może jednak zrobiłam coś nie tak; o zagłuszaniu myśli, że nie pozwoliłam żyć mojemu dziecku, że jestem do niczego...
Odkąd się pobraliśmy wiele rzeczy nam się po prostu nie udaje, czasem świat wali się na głowę, nic nigdy nie jest tak jak powinno. Mimo to co dzień wstajemy z łóżek i, chociaż z czasem sił jest coraz mniej, zawsze towarzyszy nam ufność, że ten dzień coś zmieni.

Con esperanza por la vida... Nadal kroczymy z nadzieją przez życie...

Te posty mogą Ci się spodobać:

1 komentarzy

  1. Weroniko - dopisałam CNoL, komentarz nie został przeze mnie opublikowany bo odnośniki do producenta mleka modyfikowanego to jest dokładnie to czego NIE szukamy w liście doradców laktacyjnych :) Dziękuję za pozostałe informacje i proszę o zrozumienie.

    OdpowiedzUsuń