Utracone szczęście. O roli mojego męża

niedziela, marca 25, 2012

Za nami kilka smutnych dni. 
Moja żałoba zmieniła się. Po okresie buntu przeciwko Bogu, po okresie permanentnej niewiary w cokolwiek, po okresie płaczu, histerii, depresji nastąpiło kilka dni całkowitego wyciszenia. I wydawać by się mogło, że powoli wracamy do naszej 'codzienności' - o ile w ogóle coś takiego istnieje po tragedii bolesnej utraty własnego dziecka -  aż tu nagle M. znajduje w kwietniowym numerze Charakterów artykuł pt. Dlaczego moje dziecko?. Kupuje. Czytam. Wszystko wraca...
Znów łażę po necie i przeglądam różne artykuły. Szukam wsparcia ze strony innej niż mój mąż, który, swoją drogą, jest cudowny. Szukam wsparcia matek, które przeżyły to, co ja.
I chyba na nowo wpadam w dołek. 
Przez trzy ostatnie dni moja dusza płakała. Oczy zresztą też. To takie piękne, bo czuję obecność Aniołka. W dzień i w nocy. Mój Chłopiec, jestem pewna, że to byłby chłopiec. Nie, to JEST chłopiec. Czułam to od samego początku.

M. się trzymał, naprawdę się trzymał. W szpitalu i w domu. Nie ujawniał przede mną swoich emocji; i wiedziałam, że robił to po to, żeby mnie nie smucić jeszcze bardziej, ale chyba też egoistycznie sądziłam, że on przecież nie może czuć tego, co ja, bo to nie on nosił w sobie maleństwo. Wczoraj wybuchł. Płakał. A teraz myślę, że jemu jest nawet trudniej, właśnie ze względu na to, że namacalnie nie poczuł obecności Dzidziusia. Jaka byłam głupia: straciłam swoje dziecko i... on też stracił SWOJE dziecko. Czemu tak go zdyskryminowałam, podczas kiedy on znosił moje wszystkie histerie, krzyki, lęki i płacze tylko po to, żebym przebrnęła przez najgorsze chwile w poczuciu zrozumienia? To on był, jest i będzie moim jedynym oparciem i tylko on przechodzi ze mną każdy etap żałoby. Inni - odkąd wyszłam ze szpitala - nie potrafią wspominać, jakby zapomnieli. Zachowują się na zasadzie: jest w ciąży - cieszymy się, poroniła - dziecko nigdy nie istniało.

Wspomnienia ze szpitala już mniej bolą, ale ciągle tkwią wyraźnie w mojej pamięci. Czułam się tam, jakbym zwariowała, traciłam świadomość, nie wiedziałam, co jest prawdą, a co snem. Płakałam, ale chyba wiele rzeczy jeszcze do mnie nie docierało. Chciałam wrócić do domu, bo byłam pewna, że tylko tam ułożę sobie te wydarzenia i myśli w głowie. Kazałam M. pochować każdą rzecz, która by mi przypominała o dziecku, wyrzucić dziewięć testów ciążowych. Dziś żałuję, bo testy byłyby moją jedyną pamiątką po Aniołku...
Kiedy wróciłam do domu i popatrzyłam na to wszystko, na co ostatni raz patrzyłam, będąc w ciąży, na to wszystko, co i tak nie miało związku z Dzidziusiem, poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Bo to mieszkanie pamięta chwile, kiedy byliśmy we troje. Czuć tu jeszcze radosną atmosferę, która jednak zaczyna przeplatać się już z ogromem smutku i pustki...

Wówczas nigdy nie płakałam. Wtedy wyłam. Popatrz Boże, co mi zrobiłeś! Czułam się oszukana. Pan Bóg coś mi dał, coś pokazał, obiecał i... zabrał. 

Dziś płaczę.
Dziś na nowo ufam Bogu. Odczytałam Jego wolę. Poddałam się jej. Wiem, że kiedyś otrzymam nagrodę. Otrzymam dziecko na ziemi i otrzymam łaskę oglądania Aniołka w Niebie.

Te posty mogą Ci się spodobać:

0 komentarzy