Do ewanki i innych, którzy każą mi zapomnieć

piątek, kwietnia 06, 2012

(ewanka - z góry przepraszam za tak bezpośredni tytuł posta, ale zbyt dużo mam do napisania w odpowiedzi na Twój wczorajszy komentarz, dlatego nie robię tego w formie komentarza)

Wiedziałam, a bynajmniej mogłam się domyślać, że pisanie bloga o tak delikatnej tematyce, będzie wymagało ode mnie w niedługim czasie skonfrontowania się z opinią społeczeństwa. 
Ewanka - jestem świadoma Twoich dobrych intencji, ale przedstawiam swój punkt widzenia :)

Jest parę tekstów, które usłyszane przez kobietę po poronieniu - ranią (pisałam o tym tu). Mnie osobiście najbardziej dotykają komentarze w stylu "zapomnij". Sądzę, że nie ma nic gorszego. Bo o takich rzeczach najzwyczajniej się nie zapomina, można je co najwyżej wyprzeć ze świadomości.
Zdaję sobie sprawę z faktu, że dla niektórych mój blog może wydawać się smutny, bezcelowy, tudzież ktoś inny powie: użala się nad sobą, żeby usłyszeć "oj, jakaś ty biedna". Dla jeszcze kogoś jest obojętne to, co piszę, bo nie zetknął się nigdy z takim problemem, nie rozumie, ale jednocześnie nie ma natury wojownika, który musi komentować, byleby komentować. Tak więc ogłaszam: nie potrzebuję rozczulania się nade mną!
Treść, jaka zawiera się w tym blogu, jest dyktowana moimi uczuciami, emocjami i jest dla mnie formą autoterapii. Pragnę podkreślić fakt, że od poronienia minęły niecałe dwa miesiące, więc, chcąc nie chcąc, moje rany są jeszcze świeże, nadal tkwię w żałobie, a wszystko, co robię (pisanie, czytanie artykułów, książek) jest naturalnym procesem, przez jaki muszę przebrnąć w jej ramach.
Nie mam zamiaru zmuszać się teraz do pisania o tym, co zrobiłam odkąd wstałam z łóżka, bo - najzwyczajniej w świecie - nie takie myśli krążą mi po głowie.

Ewanka pisze: nie czytaj takich rzeczy (konkretnie chodzi o książkę "Zawstydzić silnych"). A ja przeczytam. Bo uważam, że to mnie uszlachetni jako człowieka. Każda łza wylana przez mojego Aniołka jest dla mnie cenna i pozwala mi pełniej doświadczyć cudu macierzyństwa. Im więcej tych łez, tym lepiej dla mnie. Nie można tłumić w sobie emocji, bo będą zatruwać nas od środka.
Wbrew pozorom, moje życie nie jest ukierunkowane na to, co było, nie tkwię w przeszłości (nie bez powodu tytuł con esperanza por la vida). Staram się obracać to, co mi się przytrafiło, w coś wartościowego, coś, co pozwoli mi kiedyś być lepszym rodzicem. Muszę przeboleć swoją stratę w sposób konstruktywny, świadomie, muszę wypłakać to, co do wypłakania, by moje koleje dziecko nie żyło w cieniu Aniołka. 
Każda kobieta zapewne przeżywa to wydarzenie na swój sposób, dla niejednej łatwiej i zdrowiej jest zapomnieć, a u innej przez owo szybkie zapomnienie za parę lat odezwie się głęboka depresja.

Nie, nie schodzę w dół, nie dobijam się. Ja po prostu przeżywam żałobę, każdy jej etap to naturalna kolej rzeczy. Jestem w fazie godzenia się z tym wydarzeniem. 
Nie, nie żyję przeszłością - żyję pamięcią o MOIM DZIECKU. Ta pamięć pozostanie we mnie na zawsze i uważam, że należy się Aniołkowi, który, jestem pewna, patrzy na mnie z Góry.

Spójrzmy na to także z innej perspektywy. Weźmy na przykład wspomniane książki o poronieniu, czy też portale typu poronienie.pl czy dlaczego.org.pl. Po co one powstają? Jaka jest ich forma? 
Ich założeniem jest fakt, by kobiety dotknięte tragedią śmierci dziecka mogły się "spotkać" w jednym miejscu w sieci, by mogły opisać swój ból, podzielić się nim z tymi, którzy rozumieją, by mogły poczytać o doświadczeniach innych. I chociaż czytanie o tym, być może, sprawia, że muszą płakać - nadal czytają. Przecież gdyby nie czytały - też by płakały, też by rozpaczały. A w ten sposób przynajmniej mają wsparcie. I co jeszcze? Nikt nie pisze do administratorów takich stron: usuńcie tę witrynę, bo to zbyt smutne, bo ja już się pogodziłam, a wy mi przypominacie. Nikt tak nie pisze, bo tylko od niego samego zależy, co chce czytać, a czego nie. Po coś takie zrzeszenia w sieci powstają, tak samo jest z obchodami Dnia Dziecka Utraconego, pomnikami pamięci, książkami itd.

Myślę o czytelnikach. Uważam, że to co piszę, może jednak być pomocne. Nie tylko dla mnie, ale i dla innych, także dla otoczenia kobiet po stracie, by mogło ono pełniej zrozumieć i pomóc.
Być może niedługo zajdę w ciążę, będę pisać o tym, jak to przechodzę, potem będę pisać o dziecku. To wówczas będzie wielką nadzieją dla kobiet, które poroniły, a także świadectwem, że można.

Należy być świadomym, że nic nie wysycha szybciej niż łzy i że każda rana kiedyś się zabliźni. Za parę miesięcy będę patrzeć na całe zdarzenie z perspektywy czasu. Będę myśleć o tym troszkę inaczej i troszkę rzadziej, ale wciąż będę szczęśliwa, że Bóg podarował mi Aniołka w Niebie.
Być może  niedługo w moich oknach znów zakwitną kwiaty - zajdę w ciążę - wówczas też wiele się zmieni w moim myśleniu. 

Ewanka, masz rację, nie wolno zamykać się w klatce przeszłości, ale w żadnym wypadku nie wolno się od niej odcinać. Nie powinnaś bać się wspomnień...
Twój komentarz okazał się dla mnie bardzo pomocny, dużo myślałam o tym, co napisałaś. Postaram się wnieść trochę optymizmu do moich postów, bo, bądź co bądź, moje życie czasem jest naprawdę szalone :)

Te posty mogą Ci się spodobać:

3 komentarzy

  1. Dziękuję Hafija za poparcie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ewanka - czasem też chciałabym już się z tego chociaż trochę wyleczyć, ale na to chyba potrzeba czasu. Ciężko jest sobie powiedzieć: od dziś koniec żałoby, bo ona minie sama w miarę upływu dni, miesięcy.
    Ale raczej nie mam poczucia, że marnuję czas na wspomnienia.

    OdpowiedzUsuń
  3. ewanko - przeczytałam Twój wpis i... jestem w szoku. Piszesz, że Twoja żałoba trwała rok. Weronika jest trzy miesiące po stracie. Rok po stracie dziecka może i pozwoliłabym sobie na ustawianie mnie do pionu ale nigdy po trzech miesiącach - dla mnie drugi, trzeci miesiąc po stracie były właśnie najgorsze. Wtedy minął szok, niedowierzanie i dotarło do mnie to, że dzieje się nieodwracalne, ostateczne. I nie pozwoliłam sobie na mówienie, że muszę zapomnieć.

    OdpowiedzUsuń