Głodny widzi we śnie chleb, spragniony wodę. Czyżby???

piątek, maja 25, 2012

W nowym czerwcowym wydaniu Cosmo przeczytałam artykuł o tym, jak ważną rolę w naszym życiu odgrywają sny. Że są niby nocną odpowiedzią mózgu na pytania i wątpliwości, które pojawiają się u człowieka na jawie. I to jest, rzekomo, udowodnione naukowo. 
Sny są ważnymi i cennymi wskazówkami. Trafnymi. Nakierowują na dobre rozwiązania. Trzeba je tylko umieć odczytać. I tu zaczynają się schody. Bo przecież każdy sen może mieć kilka znaczeń. 
Ja mam z tym czasem problem. A nawet zwykle. Bo moje (i pewnie nie tylko moje) sny nasuwają głupie, niekiedy absurdalne wyjścia z sytuacji.
Powiem szczerze, że po tytule tego artykułu spodziewałam się więcej od jego treści. Niestety nie dowiedziałam się niczego ponad to, co już wiedziałam. Oczekiwałam przede wszystkim, że napiszą coś o wyznacznikach, jakimi należałoby się kierować przy interpretacji snów. Bo ja śnię dużo, nie tak jak mój M., u którego jakikolwiek sen pojawia się raz na pół roku. Więc przydałoby się, żebym umiała sobie korzystać z tego "dobrodziejstwa", tym bardziej, że moje sny są niezwykle realistyczne i rozbudowane. 

Ponieważ u mnie ostatnio na tapecie ciągle i wciąż niezmiennie temat ciąży, dzieci, chcenia i niechcenia to i sny o podobnej tematyce. Dzisiejszy był - jak zwykle - dwuznaczny, także mam ogromną dowolność w sferze doboru jego interpretacji. Wysnułam kilka wniosków, ale konkretów brak. 

Śniło mi się, że mieliśmy z M. dzieciaczka. Miał już tak 6/7 miesięcy.
Pojechałam z nim do swoich rodziców. I zrobiłam coś bardzo głupiego: posadziłam go na stole i zostawiłam. Spadł. Nic mu się nie stało. Moja mama zaczęła krzyczeć, że jestem nieodpowiedzialna itd. Ja udawałam, że wszystko jest ok, ale sama tak naprawdę czułam, że mama ma rację - nie umiem zająć się dzieckiem...
Potem poszłam pokazać moje dziecko dziadkom, którzy na jego widok odwrócili twarze. Oni ciągle mi powtarzają, że dzieci nie są do niczego potrzebne i żebym wcale nie przejmowała się, w razie gdybyśmy nie mogli ich mieć. 
A na koniec uświadomiłam sobie, że jestem uwięziona. Chciałam rodzicom w czymś pomóc, podwieźć ich gdzieś, coś takiego, a wtedy przypomniało mi się, że przecież mam na głowie dziecko. I, pomimo że był to tylko sen, brutalnie uderzyła mnie moc myśli "gdzie moja wolność?". Te słowa dźwięczały mi w uszach i odbijały się głośnym echem po całym moim umyśle.

Dotarło do mnie, że jeszcze tyle chciałabym przeżyć z moim M. tylko we dwójkę, jeszcze tyle niespełnionych planów co do naszego duetu. Może to egoistyczne i niedojrzałe, ale chyba jeszcze przez jakiś czas nie chcę dzielić swojej miłości do M. pomiędzy niego a dziecko... I albo to tylko kolejny etap żałoby, albo faktycznie nie dojrzałam jeszcze do macierzyństwa. Zagubiłam się...

Nie wiem, czy to, co napisałam to coś złego?... 
Jakby nie było, cieszę się, że nie jestem w ciąży. Bo nawet jeżeli to wszystko, co dziś myślę, jest jakąś tam częścią żałoby, to nie chciałbym nie chcieć dziecka - tak jak w tym momencie - mając już maluszka pod sercem... To byłby koszmar... I tak już teraz czuję się wystarczająco podle z tym, co przychodzi mi do głowy...

W każdym bądź razie nie wiem, co znaczył sen. Czy sugerował mi mój strach przed tym, że nie dam rady, że nie będę dobrą matką? Czy może pokazał mi jak na dłoni: Dziecko? Nie, bo ja chcę się wyszumieć? A może i jedno i drugie? ;(

Chciałabym móc porozmawiać o tym wszystkim z M., ale ostatnio tak pracujemy, że się mijamy i w ogóle się nie widujemy... 
Może to wszystko jest normalne, a może powinnam z tym iść do specjalisty? Najbardziej boję się, że po tym poronieniu już nigdy się nie otrząsnę i nigdy więcej nie zapragnę maleństwa... 
To tak boli. Bo zupełnie nie mam wpływu na to, co mi się ubzdurało... ;( Zupełna bezsilność, tak jak wtedy kiedy roniłam...

Ufff, wyrzuciłam to z siebie. Teraz wy obrzućcie mnie kamieniami.

Te posty mogą Ci się spodobać:

2 komentarzy

  1. heej...nikt cię kamieniami obrzucać nie będzie...
    ubrałaś w słowa to co i ja odczuwam....raz chcę,a raz nie chcę, raz staje się egoistką a raz płaczę,bo znowu się nie udało...

    Ja wychodzę albo mogę napisać,że już wyszłam z żałoby (rana się zabliźnia),zmieniłam tok myślenia,przestałam obsesyjnie myśleć o dziecku,moje myśli zostały "uwolnione od myślenia o dziecku,wiem,że ono będzie,stałam się spokojniejsza i jest lepiej.Zaczynam oddychać pełną piersią,doceniam to co mam...
    Ja z moim mężem sie rozmawiam na ten temat,już w ciągu tych 7 lat wystarczająco się nagadaliśmy a ostatnio jak rozmawiamy o dziecku każda rozmowa kończyła się kłótnią...
    Bo to ja mam problem,a wiem,że mimo wszystko mąż nie będzie umiał mi pomóc,chociaż wiem,że się bedzie starał po swojemu,po męsku...
    A co do snów,to niby mają ci coś do przekazania,ale życie samo ci pokaże co dla ciebie najlepsze...myślę,że należy je przyjąć z dystansem...

    a matką bedziesz świetną!:)Ja o tym wiem,z resztą widać po tym jak piszesz...
    :*:* pozdrawiam www.hebamme.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też zaczęłam doceniać to, co mam i przestałam wciąż narzekać. Myślę, że tego właśnie miało mnie nauczyć poronienie - pokory i umiejętności godzenia się z tym, co jest, bo wszystko co nam się przytrafia jest piękne, mimo że czasem okrutne.
      I chyba, tak jak Ty, dopiero teraz zaczęłam oddychać pełną piersią. Mam jeszcze tyle życia przed sobą, a na jednym niepowodzeniu świat się nie kończy, pomimo że tym wydarzeniem była śmierć.
      No, i myślę, że także wychodzę z żałoby na prostą. Dziękuję za miłe i pełne otuchy słowa :*

      Usuń