Jak dobrze u mamy... Małe wzruszenia

wtorek, maja 15, 2012

Wróciłam do domu. Z bólem serca. M. nadal nie ma, a mi u rodziców, jak to u rodziców, było bardzo wygodnie. Wracałam z pracy, dostawałam obiadek, no i ogólnie byłam pod maminą opieką :)
Po tych kilku dniach pobytu na wsi stwierdziłam, że gdybym nie miała mojego kochanego mężusia, to chyba nigdy nie wyprowadziłabym się od rodziców. Cóż, teraz tak myślę... Pamiętam czasy, kiedy tam mieszkałam, nie znałam M. itd. i moim jedynym marzeniem było wówczas mieć własny dom, własne życie. No, i to moje własne życie daje mi dziś popalić. Są chwile zwątpienia, kiedy myślę: o Matko, chcę uciec! - a wówczas muszę się upominać, że przecież jestem dorosła, jestem odpowiedzialna za swoje postępowanie, muszę się wziąć w garść i podejmować dojrzałe decyzje... No, ale miło było oderwać się od tej dorosłości na kilka dni :) Mamy są nieocenione, są wspaniałe :) 
Cudownie jest mieć czasem gdzie się zaszyć, a najlepszym miejscem wydaje się wówczas dom rodzinny, który jest lekiem na wszelkie zło. Bo dla swoich rodziców zawsze pozostaniemy dziećmi - nieraz nas to złości, ale przychodzą dni, że sami tego mocno pragniemy: znów poczuć się dziećmi...

Tęsknię za M. niewyobrażalnie. Szaleję, odliczam dni i godziny, rwę włosy z głowy... Niech On już wróci... 

Przywykłam do pracy. Względnie znoszę wady moich pracodawców, staram się patrzeć na nie z przymrużeniem oka, w końcu każdy ma swoje odchyły.
Kontakty z Michałkiem superpozytywne. Traktuje mnie już niemalże jak członka rodziny: cieszy się jak przychodzę i smuci jak odchodzę. Ale...
Myślałam, że jestem twarda, okazuje się, że jednak nie. Zdarzyło mi się kilka razy rozpłakać. 
Michałek pewnego dnia zasnął mi w ramionach, z buźką wtuloną w moją szyję. Śpiewałam mu tę kołysankę, co zwykle "Z popielnika na Wojtusia...", bo to jedyna - nie wiem czemu - jaka przychodzi mi do głowy, kiedy go usypiam. Myślałam, że oszaleję. Zdawało mi się, że w taki sposób może utulić go tylko mama... Nie wiedziałam, co robić. Po policzkach płynęły mi łzy. Łkając, ciągle nuciłam... 
To zdarzenie wywołało u mnie lawinę emocji, przed którymi tak mocno się broniłam. Nie chciałam ani przez chwilę doznać uczucia jak to by było, gdybym nie trzymała Michałka tylko moje dziecko. Odpychałam je od siebie... Ale przede mną pojawiały się już kolejne pytania: co ja właściwie czuję: radość czy żal, cierpię czy się cieszę? Czy gdyby to był mój Wojtuś cieszyłabym się inaczej, czy byłoby to dla mnie naturalne i nie wiązałyby się z tym żadne emocje? 

Nie wiem już, co mam o tym wszystkim myśleć. To są małe wzruszenia. Chciałabym móc je zachować dla mojego dziecka. Nie chcę, by kiedyś, kiedy będę nosić na rękach moją pociechę, przeszła mi przez głowę myśl, że to wszystko, co przeżywam, już znam. Znam, bo doświadczyłam tego przy cudzym dziecku... Pozostaje mi mieć nadzieję, że wszystkie uniesienia związane z macierzyństwem są wyjątkowe, jedyne i nie do porównania z opieką nad innym dzieckiem...

Nie chciałam tego. 
Chciałam traktować Michała na dystans. 
Nie chciałam, żeby się przywiązywał. 
Nie chciałam, żeby pozwolił przywiązać się do siebie mi...
Mur, którym się otoczyłam, runął. Czuję się naga. 

Każdy dzień z Michałkiem jest dla mnie oraz cięższy. 
Każdy jego uśmiech powoduje, że moje serce łamie się na kawałki...

Nie chcę patrzeć na życie przez szybę własnych łez...

To nie tak miało być.
A tak dobrze mi szło...  

Te posty mogą Ci się spodobać:

5 komentarzy

  1. Wiesz, to jest tak jak w przypadku kobiet porzuconych przez mężczyzn...natychmiast szukają substytutu,innego mężczyzny,by wypełnić w sercu pustkę...

    ty masz tak samo...szukałaś i znalazłaś pracę...niestety z dzieckiem,które nie dawno straciłaś,więc ciężko ci się odnieść do tego wszystkiego, matką już jesteś,a uczucia które tobą zawładneły są czymś,moim zdaniem normalnym..


    szkoda tylko,że zamiast rzucić się w pracę, rzuciłaś się w pracę z dzieckiem,maluteńkim,potrzebującym czułości której i ty potrzebujesz...

    zamiast leczyć rany po stracie ty je rozdrapujesz,a niestety nie potrafisz odciąć swojego dziecka od dziecka innego,nie potrafisz postawić granicy...

    takie jest moje skromne zdanie, psychiatrą nie jestem...

    ja jak widzisz też rzuciłam się w wir pracy,wyjechałam do Niemczech,musiałam uciec,zacząć żyć i oddychać...ale poszłam do pracy ze starszą osobą,do nowego środowiska gdzie nie ma dzieci,gdzie nie muszę myśleć i analizować,co by było gdyby...
    i jest mi z tym dobrze,bo odcięłam się także od meża którego kocham,ale należę do osób które potrzebują często wolności i jestem samodzielna w swej niesamodzielności (trudno to wyjaśnić)...

    Myślę,że gdy przyjdzie twoje dziecko na nowo będziesz odkrywać uczucia do swojego dziecka...nie musisz się bać...

    pozdrawiam i zmieniłam adress:

    www.hebamme.blog.pl

    ANAIRDA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anairda, wcale nie jest tak, że nie potrafię postawić granicy. Ta granica jest mimo wszystko, bo wiem, że to nie moje dziecko.
      Moje dziecko jest moim dzieckiem i nawet przez chwilę nie myślę, że Michał mógłby być mój. Michał jest dla mnie obcy i nigdy nie potraktuję go jak syna. Granica jest. Emocje tylko czasem płatają figle, bo myślę o swoim dziecku, gdzie jest i czy mu dobrze. Myślę o tym, czy byłabym dobrą matką. Michał przypomina mi o Aniołku nieraz, ale nigdy nie odnoszę się do niego jak do własnego dziecka, nie przelewam na niego swoich matczynych instynktów.
      Chciałabym mieć inna pracę, która nie kazałaby czasem rozpamiętywać. Ale myślę, że inna praca też nie pozwoliłaby mi zapomnieć.
      Pewnie nie miałabym z tym wszystkim problemu, gdybym nie poroniła, a i tak myślę, że gdybym nie miała za sobą poronienia traktowałabym Michała z większą czułością niż teraz.

      Usuń
    2. Poza tym nielojalnością wobec Wojtusia byłoby myślenie o Michale jak o moim dziecku. Może nawet nielojalność jest tu złym słowem. Nigdy nie zrobiłabym tego Wojtusiowi, prędzej by mi serce pękło. Z czułością myślę tylko o Aniołku. Jest On dla mnie całym światem. Dlatego w całym poście podkreślałam, że Michał jest "cudzy". Nie zazdroszczę szefowej tego dziecka i nie patrzę na Michała z żalem. Bo moje dziecko jest, jest przy mnie, tylko w innym wymiarze. I nie potrzebuję "substytutu". Wybacz, Anairda, ale źle zrozumiałaś mój post.

      Usuń
  2. Dlatego napisałam jak ja zinterpretowałam tę notkę..a jeżeli się pomyliłam,to tylko mogę się z tego cieszyć:))

    ściskam cię mocno:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też Cię ściskam, Anairda i życzę powodzenia w Niemczech :)

      Usuń