"Kto długo czeka, poczeka jeszcze trochę" - ciąg dalszy

środa, czerwca 20, 2012

Dziś relacja z dnia wczorajszego, który niezmiennie mógłby nazywać się dla mnie "Kto długo czeka, poczeka jeszcze trochę". Bo nadal niewiele wiem.

Może zacznijmy od tego, że polska służba zdrowia to jedna wielka kpina. To wie każdy. Tak samo jak to, że pomimo opłacania składek itd. lekarze przyjmujący na NFZ to nie lekarze (uogólniam). Zawsze byłam za tym, że skoro mogę korzystać z bezpłatnej opieki zdrowotnej, co mi się należy bezdyskusyjnie, to nie zamierzam chodzić do lekarzy prywatnych. Coraz częściej przekonuję się jednak, że lekarze państwowi i prywatni to praktycznie to samo: i jedni i drudzy oglądają się na kasę, z tą różnicą tylko, że państwowy - jeżeli nie "dasz w łapę" - Ci nie pomoże, a wręcz przeciwnie: czasem nawet zaszkodzi.
Tak też było wczoraj. 

Caluteńki dzień spędziłam na szukaniu w mieście ginekologa na NFZ, który mógłby przyjąć mnie od ręki. Akurat miałam wolne i chciałam to wykorzystać, poza tym mój przypadek jest nieco dziwny i jak zwykle nietypowy, nie mogłam więc z tym czekać. W końcu - być może - chodzi o moje dziecko... 
Kiedy znalazłam wreszcie lekarza, który byłby w stanie mnie przyjąć, przychodnia zaczęła robić problemy w związku z zaświadczeniem o ubezpieczeniu, które, co prawda, faktycznie było już nieaktualne (nie zauważyłam), no ale skoro mówię, że w każdej chwili mogę przynieść nowe, to mogliby mi darować. Nie, znowu wsiadka do samochodu i jedź polować na zaświadczenie.

Sama wizyta u tego konowała to było najgorsze, co spotkało mnie w polskiej służbie zdrowia. M. ma zamiar pisać skargę do NFZ na niego... 
Już kobiety w kolejce mówiły mi, że konsultacja u tego "lekarza" trwa nie dłużej niż pięć minut (razem ze zrobieniem USG)! Mimo wszystko myślałam, że może chociaż nie jest taki zły w swoim fachu. Niestety, przekonałam się, że (razem z USG) z jego gabinetu można wyjść po trzech minutach.

Ogólnie, lekarz robi mi wielką łaskę, że mnie przyjmuje. Wchodzę, odpowiedzi na "dzień dobry" nie słyszę, warczy natomiast: "co ode mnie chcesz?". Aha, myślę sobie, czyli jesteśmy już na "ty". Ok, przymykam na to oko, mówię z czym przychodzę. Ale nie pozwala mi skończyć. Miesza mnie z błotem, bo przecież po co ja przyszłam, cztery dni spóźniającego się okresu o niczym nie świadczą, że co ja sobie myślę, że skoro medycyna tak idzie do przodu, to on jest w stanie wykryć mi ciążę w czwartym czy piątym tygodniu i w ogóle bla bla bla. Gbur po prostu!
Nie pozwala mi wspomnieć o ciążowych objawach, a na pytanie, czy mam brać antybiotyki, skoro ciąża nie jest pewna, nie odpowiada!
Na siłę każę mu zrobić USG. No dobra, skoro chcesz, to zdejmuj majtki! (bez komentarza...)
USG trwa - naprawdę - pięć sekund. Wsadza sondę i po chwili, krzycząc przy tym na mnie, że jak to się martwisz po poronieniu? Każde kobieta się martwi i to nie powód, żeby już przychodzić do lekarza. Ciąży nie ma. A poza tym to czy nikt ci nie powiedział, że po poronieniu przez pół roku nie powinno się zachodzić w ciążę? Ja na to, że po pierwsze to minęło pięć miesięcy, więc niewielka różnica, a po drugie to lekarz jeszcze w szpitalu powiedział mi, że mogę zacząć się starać w pierwszym normalnym cyklu. Nie jestem niemiła, nie dyskutuję z nim, a on mi na to: więc idź do tamtego lekarza. To wszystko! I każe mi wyjść, chociaż jestem jeszcze nieubrana po USG... 

Przeżyłam szok. Czułam, że zaraz się rozpłaczę. I chociaż wiem, że powinnam go w tamtej chwili, przepraszam za określenie, porządnie opierdolić, to nie byłam w stanie powiedzieć nic -  to był dla mnie naprawdę ciężki szok. 

Pierwszy lekarz, do którego poszłam w tamtej ciąży potraktował mnie podobnie. Ale tym razem nie dam za wygraną. Ktoś musi mi pomóc. Poruszę niebo i ziemię, by moje dziecko urodziło się za dziewięć miesięcy całe i zdrowe (o ile jestem w ciąży). Mama kazała mi się nie denerwować, bo stres nie jest wskazany w moim ewentualnym stanie, no ale jak tu się nie denerwować? !!!

O ile w kwestii ciąży i jej istnienia wciąż jak zwykle nic nie było jasne, o tyle w kwestii antybiotyków także nadal nie wiedziałam, co robić. Całkowicie zrezygnowana poszłam więc do internisty, żeby powiedział mi chociaż, czy te leki są szkodliwe dla płodu. Lekarz milszy, ale u niego zaś siedziałam pół godziny, bo szukał w Internecie (tak!!!), co to są za leki w ogóle. I tak na koniec stwierdził o jednym, że nie wie co to. Resztę mogę zażywać. Tej wizyty też nie komentuję.
W Internecie to ja sobie sama mogę wielu rzeczy poszukać...

No, i co? Wczoraj doszczętnie załamana postanowiłam posłuchać mamy i M. i umówić się do znajomego lekarza na wizytę prywatną. W końcu moje dziecko jest ważniejsze od pieniędzy (mam w głowie skąpca, chociaż w tym momencie nie możemy już narzekać na brak kasy). Gdyby chodziło tylko o mnie, w życiu nie zapłaciłabym za wizytę - takie już mam głupie przekonanie, które wynika chyba z buntu przeciwko światu (to, co pisałam wcześniej: jak to mam płacić, skoro należy mi się za darmo? :))

No, a po tym wszystkim złapałam doła wieczorem. Bardzo się martwię. Chciałabym mieć wpływ na przebieg ewentualnej ciąży, a nie mogę zrobić nic. W dodatku ten internista powiedział, że skoro termin spodziewanej miesiączki mija, to blada kreska na teście może świadczyć o obumarciu lub pozamacicznej. Boję się jak cholera. Ale gdzieś głęboko w sobie wierzę, że wszystko tym razem się ułoży...

Te posty mogą Ci się spodobać:

5 komentarzy

  1. Pierwszy raz słyszę o bladej kresce, która może świadczyć o czymś takim.
    Głowa do góry. Ja pierwszą ciążę straciłam w 8 tygodniu. Teraz mam dziecko - zdrowe i radosne. Strach był przy tej ciąży, ale jak widać wszystko dobrze się skończyło i u Ciebie też tak będzie.
    Głowa do góry

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za wsparcie. Trzeba wierzyć, że wszystko dobrze się skończy.
      Gratuluję synka :)

      Usuń
  2. ja w udanym cyklu, po IUI, miałam bladą kreskę, mimo że beta HCG było 105. ja sikańcom nie wierzę. betę zrób! trzymam kciuki!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w poprzedniej ciąży też miałam bladą kreskę przy becie 144...
      Na razie nie będę robić bety, jutro mam lekarza, zobaczymy, co powie :)
      Jestem dobrej myśli, dziękuję za kciuki :)

      Usuń
    2. Ale te lekarze to konowały. Ja podobne kwiatki przechodziłam przy ortopedycznych problemach, a teraz chodzę tylko prywatnie. Do ginekologa zwłaszcza, bo w moim mieście (Wrocław) jeśli coś by się działo to i tak termin na za 3 tygodnie dopiero znajdziesz...
      Ot przykra polska rzeczywistość :(
      Głowa do góry!

      A z tą kreską i że niby to świadczy o... to niech ten lekarz się w łeb stuknie.

      Usuń