Nadzieje, które nie stają się rzeczywistością. Rzeczywistość, co nie odpowiada marzeniom

czwartek, czerwca 14, 2012

Dawno mnie tutaj nie było... 
Naprawdę nie mam ostatnio czasu na rozmyślanie; na nic nie mam czasu. Trwam w jakimś chorym letargu, jeden dzień podobny do drugiego. Wracam do domu i moim jedynym marzeniem jest zasnąć. 
Jestem koszmarnie zmęczona. Pracą, życiem. Wszystkim tym, co kłębi się w mojej głowie, a czego nie mogę przemyśleć, bo myślenie odkładam na potem, na wtedy kiedy znajdę w sobie choć odrobinę energii. Nie wiem, może uciekam przed próbą dźwignięcia się z mojego upadku. Bo leżę. A to nie wymaga wysiłku...

Nie, nie przelewam łez. Otaczam się obojętnością. Mimowolnie. Do wszystkiego podchodzę z tak stoickim spokojem, że czasem się o siebie martwię. Tak jakby nic mnie już nie interesowało. Przyjmuję z jakąś nieprawidłową pokorą to, co przynosi los. Nieprawidłową, bo czuję, że na nic więcej przecież nie zasługuję... 
Przestałam się modlić. Bóg kpi sobie ze mnie. Nie potrafię myśleć inaczej. Nie potrafię wierzyć tak jak kiedyś, że to są wyzwania, które zbliżają mnie do Niego. Bóg nie koi mojego bólu. Wciąż każe cierpieć, każe patrzeć mi na kobiety ciężarne i pozwala na to, by w mojej głowie rozlegał się histeryczny krzyk: a ja??? O mnie zapomniałeś???

W kwestii posiadania dziecka trochę się u mnie zmieniało przez ostatnie dwa tygodnie. Zaczęło się od zaprzestania "buntowniczego niechcenia" i przejściu do "jest mi to obojętne, nie chcę o tym myśleć". Oczywiście zdarzały się dni, kiedy z czułością i łzami w oczach patrzyłam na Michałka i dzieci w ogóle. Mimo to nie opuszczał mnie błogi spokój. I ta pokora...
Kilka dni temu rozmawiałam z M. Powiedziałam mu, że chciałabym pobyć jeszcze kilka miesięcy tylko z nim. Bez dzieci. W odpowiedzi usłyszałam: ale my już jesteśmy tyle czasu sami. Przecież zawsze będziemy razem, a dziecko to dopełnienie tej miłości. Cały sens naszego życia to właśnie dzieci. Sami dla siebie - to egoistyczne. Tak bynajmniej zrozumiałam Jego słowa. I nie powiem teraz, że akurat w tamtej chwili coś we mnie pękło, bo tak nie było. Nadal miałam wątpliwości, nadal pozostawał we mnie ten rozdźwięk pomiędzy chęcią posiadania dziecka a możliwością tzw. "wyszalenia się". Ale byłam ogromnie wdzięczna M. za to, co powiedział. Za to, że jest ode mnie mądrzejszy, bo po poronieniu nie zaczął się bronić rękami i nogami przed kolejną ciążą. A ja tak mam i przez to noszę w sobie olbrzymie poczucie winy, że postępuję tak niedojrzale.
To, co usłyszałam od M. po kilku dniach zaczęło na mnie podświadomie oddziaływać. Myślałam coraz częściej: może M. ma rację...? I chociaż z niewielkim przekonaniem co do moich chęci, budziła się we mnie nadzieja, że może w tym miesiącu się udało...

Ostatnie dni mnie wykańczają. Pojawiły się mdłości, zgaga i kilka innych objawów ciążowych (wiem, że powiecie: na mdłości i zgagę za wcześnie, bo do okresu jeszcze trzy dni. Ja mówię: różnie to bywa. Moja pierwsza ciąża zaczęła się od mdłości jeszcze przed okresem. Nie ma reguły). Nie ma mowy o tym, bym sobie to wszystko uroiła, ponieważ nie pomyślałam o ciąży, dopóki nie zaczęły mi dokuczać jej symptomy. I nie mam tak jak nieraz, że po prostu są objawy - ja naprawdę CZUJĘ się w ciąży. 
Nie ufam swojemu ciału i swojej intuicji, która naprawdę szwankuje w tej kwestii. Dlatego czekanie powoli mnie wyniszcza. 
Wiem, że obiecałam sobie i wszystkim dookoła, że nie będę robić testów ciążowych. Niestety, obecnie jestem w takiej sytuacji zdrowotnej, że musiałam: biorę antybiotyki i inne leki niezbyt sprzyjające ciąży. Okazało się bowiem, że mam problemy z pęcherzem, jego nadaktywnością i zniszczoną śluzówką. Oprócz tego infekcję. Leczenie może potrwać długo...
No, i co z tym testem? Zrobiłam. Dziś. Negatywny. Nie potrafię opisać swojej reakcji. Najpierw obojętność. Potem: mogłam się tego domyślać, mój organizm kłamie. Następnie myśli szybko galopujące w kierunku: o Boże, nie jestem w ciąży! Pewnie już nigdy się nam nie uda, już nigdy nie zostanę matką ;( Chwila rozpaczy i wycia w samotności. Szkoda, że M. nie ma teraz przy mnie...
A w tym momencie? Wracam do normalności. Z mdłościami, zgagą i kłującymi jajnikami. Z ugaszonym już płomieniem nadziei. 
Nauczyłam się żyć z tymi zawodami. Ze swoją ułomnością. Z wiecznym czekaniem na jakikolwiek prezent od losu. Z pocieszeniem: dobrze, że mam M., że mam Jego miłość. Bo bez Niego nic nie ma sensu...

Kupiłam sobie i M. witaminy na podniesienie płodności. U M. takie witaminy są niemalże koniecznością, zaleconą przez lekarza, ale do tej pory ich nie zażywał, ponieważ wydawało nam się, że skoro zaszliśmy już raz, to i za drugim nie powinno być problemu. Mam jednak dosyć bezczynnego czekania i zażywanie przez nas tych suplementów da mi chociaż jakiegoś typu przekonanie, że robimy coś więcej w celu posiadania dziecka, że pomagamy swoim organizmom, nie wiem, cokolwiek :(

Jestem w totalnym dołku. Moje serce rozpada się na tysiące maleńkich kawałków. Nie umiem już tak dalej...

Te posty mogą Ci się spodobać:

1 komentarzy

  1. Hej. Może za wcześnie zrobiłaś test? Może jednak nie wmawiasz sobie tych dolegliwości? Trzymam kciuki ;)

    OdpowiedzUsuń