O nowym miejscu i pracy M. słów kilka

czwartek, października 11, 2012

Uświadomiłam sobie, że mało piszę o tym, co ostatnio najbardziej leży mi na wątrobie, tzn. o nowym mieszkaniu, mieście i... głównie o pracy M. 

Bardzo mnie to wszystko przygnębia i od paru dni mam niezły dołek...

Mieszkanie jest bardzo fajne, (w miarę) przestronne - dwa pokoje, 54m2. Zdążyłam się już nawet do niego przyzwyczaić. W końcu to lepsze niż mieszkanie z teściami, którzy, niestety, ale muszę to napisać, są koszmarnymi, podłymi ludźmi. I dlatego też cieszę się, że nie będę musiała u nich wychowywać naszego Maleństwa.
No, ale miasto... Ja wiem, powinnam je choć trochę lubić, bo to właśnie będzie tzw. "miasto rodzinne" mojego dziecka. Ale... Będzie trudno. Nie przyzwyczaję się do niego chyba nigdy, zawsze go nie cierpiałam, nawet kiedy tu nie mieszkałam... 
I jak to życie się układa, że znalazłam się w miejscu, o którym kiedyś nawet nie śniłam, że się znajdę... Wszystko potoczyło się zupełnie odwrotnie niż myślałam... Moje niezadowolenie potęguje fakt, że nikogo tu nie znam, nie mam tu rodziny i jestem zupełnie sama, kiedy M. wychodzi do pracy. Nie wiem, gdzie jest jaka ulica i jaki sklep... Tak, to właściwości przeprowadzki do nowej miejscowości...

A jeszcze ta przygnębiająca jesień.

I praca M., na którą zgodziłam się z bólem serca, który to ból ciągle w sobie noszę. Ale przytaknęłam, bo M. lubi wojsko, wiem, że się w tym odnajduje, bo rodzice i teściowie mówili mi, jaka to dobra praca, jakie perspektywy i jakie pieniądze... Czułam, jakby wszyscy byli przeciwko mnie. Bo ja tak po prostu i tak zwyczajnie, bałam i boję się o M., czuję i wiem, że ta praca nie jest bezpieczna... Mimo to wspierałam M., starałam się, dopingowałam jego bieganie, ćwiczenia...
Fakt, płacą więcej niż w cywilu i dzięki temu jedna pensja będzie jak moja i M. wcześniejsze razem wzięte. Ale to wcale nie są takie kokosy, jak się myśli. A każda bzdura, każdy grosz więcej jest okupiony niebezpieczeństwem.

Ale jakoś dam radę. Muszę. Czekają mnie jeszcze poligony, kiedy to M. wyjedzie na kilka tygodni albo miesięcy i zostanę sama. Sama sama do porodu, a potem sama z dzieckiem. Boję się tej tęsknoty i nie chciałam takiej tęsknoty fundować naszym dzieciom. 
Z drugiej strony, w cywilu M. pracowałby na okrągło, żeby nas utrzymać i też, tak ja jak i dziecko, może mało byśmy go widywali... A tu, w normalne, bezniespodziankowe dni M. już o 16 jest w domu...

Mam nadzieję tylko, że nie będę musiała zmagać się z innym trudnym wyborem - jeżeli M. wyślą na misję, np. do Afganistanu. To mój największy koszmar... Spędza mi to sen z powiek i na samą myśl o tym mam ochotę beczeć. Bo co, jeżeli - jak mówi mi M. - zdarzy się, że nie będzie wyboru: albo misja albo koniec pracy? 
Misja=sporo pieniędzy, ale i niebezpieczeństwo, groźba śmierci lub utraty zdrowia, także psychicznego... 
Koniec pracy=zupełny brak pieniędzy. 
M. sądzi, że będzie się musiał zastanawiać. Dla mnie to jest proste. Jak go wyrzucą, jakoś damy radę. Zgodziłam się na tę pracę pod warunkiem, że M. nigdy nie zgodzi się na żadną misję. Czuję się zawiedziona i zdradzona, kiedy, po tym jak mi to obiecał, on się teraz zastanawia...
Nie chcę nigdy stanąć twarzą w twarz z koniecznością podejmowania takich decyzji, bo serce złamie mi się na pół...

Na razie trwam. Ciągle trwam. Z niepewnością, co przyniesie jutro. Praca w cywilu jest chyba dużo bardziej przewidywalna. 
I będę już tak trwać chyba zawsze. 

Godzę się z pasjami M. Takiego go poznałam. I nie chcę go ograniczać, tym bardziej, że wiem, ile zdrowia kosztuje w dzisiejszych czasach praca, ile trzeba się namęczyć, żeby zarobić marne grosze. 
Jestem wdzięczna M. za to, że się mną opiekuje, że utrzymuje mnie i będzie utrzymywał dziecko, że nie pozwala mi pracować z uwagi na ciążę, że co dzień zapewnia mnie, że damy radę, że on się wszystkim zajmie, a ja nie muszę niczym się przejmować. 
Ale tak samo ja martwię się o niego, bo nie wyobrażam sobie, że mogłabym go stracić... Wiem, że nie wolno snuć tylko i wyłącznie czarnych scenariuszy, ale dla mnie wojsko zawsze oznaczało strach...

Napisałam, ale wcale nie jest mi lżej. Jest mi mega ciężko... Czasem żałuję, że zgodziłam się na to wszystko. Dziś mam jedynie nadzieję, że nasze dziecko nigdy nie będzie cierpieć i nigdy nie będzie tęsknić za tatą...

Ehhh. Nie wiem, czemu to wojsko tak mnie przygnębia... 

A Wy, chciałybyście mieć męża żołnierza???

Te posty mogą Ci się spodobać:

37 komentarzy

  1. ja bym nie chciała mieć męża żołnierza, ani górnika, ale wiem, że w dzisiejszych czasach gdzie tak ciężko o porządną pracę jest ciężko, nie można przebierać.Chcąc móc pozwolić sobie na małe przyjemności trzeba brać co jest.
    Niestety twój mąż nie jest sam, ma ciebie a za chwilę pojawi się na świecie wasze dziecko. Wiem, że chce się rozwijać, ale skoro nie zgadzasz się na wyjazd do Afganistanu ze strachu o męża to uważam, że nie ma co się zastanawiać. Kasa kasą, ale życie jest cenniejsze od niej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, ciągle to powtarzam, że kasa kasą. Zawsze najważniejsza była dla mnie rodzina. Nie trzeba mieć góry pieniędzy, żeby dzieci Cię kochały i wyszły na ludzi. I nie waham się nawet chwili, nie zgodzę się na misję PRZENIGDY i za żadne pieniądze. I tyle w tym temacie...

      Usuń
    2. nie lubisz Tomaszowa Mazowieckiego??:)nooo wiesz:D:D

      to ja wpadam do ciebie na kawkę:)wprawdzie mieszkam w Łodzi (niecałe 50km od Tomaszowa)ale często przejeżdżam przez to miasto jak jeżdżę do mamy:)

      ja Tomaszowa nie znam za dobrze, bardziej Piotrków Trybunalski.Tomaszów małe miasto i myślę, że jak urodzi się maluch to będziesz częściej poznawała to miasto i być może w końcu się przekonasz:)))



      PS: Tam będziesz rodziła maluszka? Nie znam tamtejszego szpitala, wiem jedynie że pracuje tam położna, która mnie uczyła...

      Usuń
  2. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić co przeżywasz, na pewno jest ciężko i pozostaje tylko modlić się, żeby męża nie wysłali na wojnę.

    Ja również okropnie boję się o swojego, szczególnie jak wraca nocami z pracy, a jest tylko kelnerem. Niekiedy strach mnie paraliżuje, więc pomnożę to przez 1000 i wychodzi namiastka tego jak Tobie jest ciężko.

    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja zdecydowanie nie chciałabym, żeby mój Tomek pracował w wojsku. Chrześniak mojej Mamy był dwukrotnie na misji w Afganistanie i jestem zdecydowanie przeciwna. Strach kązdego dnia zagląda w oczy. Nie dziwię się, że ta praca spędza ci sen z powiek. To chyba nie jest warte pieniędzy (mimo, że są naprawdę duże).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, pieniądze za misje są na maksa duże, ale taka zwykła pensja jest aż śmieszna-jakąś jedną trzecią pensji brutto stanowią podatki, więc netto wychodzi skąpiutkie... No, chyba, że siedzi się na jakimś wyższym stołku... W cywilu można zarobić podobne pieniądze po studiach, uwierz mi... Chociaż w dzisiejszych czasach... M. po studiach pracował za marne grosze...

      Usuń
    2. Po studiach... rzadko jest więcej niż 1500-1600zł. Wszędzie tylko "brak doświadczenia" i nawet rozmawiać nie chcą... ehh Polska.

      Usuń
  4. A ja napisze szczerze, że troszke Ci współczuje, fakt że u Was była inna sytuacja bo jak poznałaś M. to wiedziałaś o jego przyszłej pracy o jego pasji. Gdyby mój mąż nagle chciał obrac taką scieżke zawodową na 100% nie zgodziłabym sie. zawsze stawiam na 1 miejscu rodzine i właśnie to żeby ojciec był zawsze przy dzieciach obecny. Moge jedynie przytulic mocno bo cieżko dalej Ci bedzie, ale wiedziałaś że tak bedzie:( Jedynie co to możesz w przyszłości znalezc prace dobrze płatną i byc zabezpieczonym w razie czego jakby M miał stracic prace. Ale na misje nigdy nigdy przenigdy bym sie nie zgodziła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zgodzę się tutaj z Tobą, bo nie wiedziałam, że tak będzie. Jak poznałam M. on już nie był w wojsku, bo z niego odszedł. Decyzja o powrocie została podjęta w sumie w ciągu kilku dni, po 3 latach bycia razem. Poza tym, moja wiedza czy niewiedza nic tutaj nie zmienia, bo jestem z nim, ponieważ go kocham i nawet, gdyby od samego początku był w wojsku, to wzięłabym z nim ślub właśnie z powodu tej miłości.
      I tak jak już pisałam, będzie się zdarzać, że pojedzie na poligon na kilka tygodni, ale tak będzie co dzień po godzinie 16 w domu, ze mną i z dziećmi i nie jest powiedziane, że w cywilu nie miałby pracy, w której musiałby ciężko harować 24h/24h i wtedy też nie byłby obecny przy dzieciach...
      Na poligony się nie godzę, też to pisałam...

      Usuń
  5. Mój Mąż też przez długi czas myślał o tym, żeby pójśc do wojska. Faktycznie pieniądze sa tam większe, ale też nie pozwoliłabym mu wyjechac na misję. Nie wyobrażam sobie, że przez parę miesięcy mogłoby go nie byc, że musiałabym życ w ciągłym strachu czy wszystko jest ok...
    Teraz mój Mąż jeździ TIR-em i szczerze mówiąc też ciągle się o niego boję. Prawie codziennie jest w domu, raz o 15 raz o 20, ale jest. Wiem, że gdyby się zdecydował na pracę w transporcie międzynarodowym to zarobiłby 3 razy tyle co teraz. Ale nie chcę byc przez 5 tygodni sama z Synkiem, a potem miec go tydzień. Żadne pieniądze nie są warte tego czasu, który można spędzic z rodziną. Po to wzięliśmy ślub, zdecydowaliśmy się na dziecko, zeby byc RAZEM. Może komuś odpowiada takie życie, które polega na ciągłym czekaniu. JA nigdy bym się na coś takiego nie zdecydowała.

    OdpowiedzUsuń
  6. ja będąc dzieckiem tato często wyjeżdżał na delegacje wojskowe, niekiedy na parę miesięcy nie było z nim kontaktu, bo telefon to był tylko jeden u sołtysa :-/ ale tak szczególnie nie odbiło się na mnie i nie pamiętam tych rozstań, ale za to powroty były najlepsze :-) i te prezenty :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. o mały włos a miałabym męża żołnierza ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Trzymaj sie jakos.. Ja sobie tego nie wyobrażam ale każda kobieta jest inna i najważniejsze, żebyś Ty czuła sie z tym dobrze.. Gdzie teraz mieszkacie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mieszkamy w Tomaszowie Mazowieckim, tu jest właśnie jednostka, w której pracuje mój mąż...

      Usuń
  9. ja bym bardzo chciała mieć męża żołnierza, a to dlatego, że mój tata nim był całe życie i barwy moro są jakby zżyte ze mną :) Do tej pory pamiętam zapach jego munduru jak wracał z poligonu, taki specyficzny :) Nie wiem czy Cię to pocieszy, ale jak ja się urodziłam to mój ojciec był na szkole oficerskiej we Wrocławiu, my z mamą mieszkałyśmy u dziadków. Potem przeprowadziliśmy się do Dęblina, gdzie tata stale miał poligony i rozminowania (tu się dopiero moja mama musiała bać!), a do tego był stan wojenny. Potem kilka lat względnego spokoju, przeprowadzka 2 razy, aż w końcu Kraków. I mój tato, który wylądował w desancie i jeździł na skoki. Sama raz byłam świadkiem jak pojechałam po niego na skokiz moim ówczesnym mężem (wtedy jeszcze chłopakiem) i czekaliśmy aż wyląduje. Wylądował na zapasie, bo mu się podstawowy nie rozłożył, a ja miałam ojca zawieźć wtedy na kolejny skok na lotnisko. Myślałam, że umrę z nerwów. Były też misje, na Bałkanach, na bliskim Wchodzie. Rozminowania. I przeżył każdą z nich, teraz cały i zdrowy siedzi na emeryturce :) I żal mi tego mojego tatuśka, który całe życie aktywny do bólu musiał w końcu odsapnąć. I choć pewnie mojej mamie było ciężko, a mnie jako córce nie raz brakowało taty, nie zamieniłabym się innego tatę nigdy. Jestem dumna z tego, że miałam tatę żołnierza. Wiem, że się spełniał w tym co robi i dobrze, że moja mama go nie blokowała. Na pewno nie jest to łatwe, ale dasz radę. Jeśli Ty chcesz to dla niego zrobić, na pewno Ci się uda.
    Powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój M. też jest w desancie i będzie skakał... I jest saperem.

      Masz rację, całkowitą. Nie chcę go blokować, jak to napisałaś, chcę, by się spełniał i robił to, co lubi. Wiem, że i dzieci będą go kochać, bo jest cudownym człowiekiem i na pewno będą go szanować i podziwiać.

      Czasem po prostu myślę tylko, że nie chcę za nim tęsknić... A jak pojedzie na szkołę podoficerską, to chyba zeświruję...

      Taką drogę obrał on, takiego męża wybrałam ja, takiego go kocham i z takim muszę iść przez życie. I muszę sobie z tym poradzić. Być silna.

      Dziękuję za miłe słowa :)

      Usuń
  10. Ehh.... masakra.. nie wiem jak bym wytrzymała takie rozłąki z mężem :( podziwiam Cię wiesz?
    a co do własnego mieszkania.. jak to mówią, ciasne ale wlasne!
    My aktualnie gnieździmy się w 1 pokoju i tak będzie aż do przyszłego roku... ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :( a ja się nie podziwiam, bo nie będę tego znosić za dobrze...

      Masz rację, ciasne, ale własne. I nie trzeba się krępować i zastanawiać, co powiedzą współlokatorzy...

      Usuń
  11. U mnie w rodzinie dwóch wojskowych. A z tego co się orientuję to na misje nie jedzie się z rozkazu. Jadą ci, którzy są chętni, a mimo niebezpieczeństwa jest ich sporo. Chyba, że mam nierzetelne informacje to przepraszam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że są jednostki, z których jeżdżą praktycznie tylko ochotnicy, np. Opole, w którym M. był kiedyś na szkoleniu NSR. Ale w Tomaszowie, gdzie aktualnie jesteśmy jeżdżą praktycznie wszyscy i to z rozkazu... ;(

      Usuń
  12. Mój mąż pracuje na kopalni i niema dnia żebym nie pomyślała czy wszystko u niego w porządku,najgorsze sa dni w których nie przychodzi o czasie tylko ok 5 godzin pózniej a ja juz myśli mam czarne ,a się okazuje że awaria itp i musieli zostać dłużej tylko nikt o tym nie informuje ,mąż też nie ma jak.
    Najbardziej wkurzające dla mnie jest to jak pokazuja górników i ich zarobki ,mój mąż pracuje od 5 lat w ścianie i zarabia 3 tys pracując cały miesiąc do którego wlicza się także soboty i niedziele i tak na okrągło.
    Teraz gdy to pisze też jest w pracy a ja z 4 letnim synkiem i z drugim w brzuchu (22 tydzień) robimy dla niego obiad bo jak przyjdzie to bedzie głodny jak wilk.
    Pozdrowionka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Górnik. Drugi zawód, niebezpieczny jak cholera, za marne grosze narażanie życia i zdrowia... Współczuję Ci. Tego strachu. I czekania...
      Dzisiaj praktycznie w żadnej pracy nie ma miejsca na wspólne życie, wszystko toczy się wokół zarabiania pieniądza na utrzymanie rodziny. Czyste realia życia w Polsce...

      Usuń
  13. a ja wiem, z czym się zmagasz, mój mąż nie jest żołnierzem, ale też byłam sama w ciąży i jestem sama teraz... tulę mocno, wiem, że jesteśmy silnym gatunkiem i ze wszystkim sobie dasz pięknie radę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorsze to właśnie ta samotność :(
      Ale masz rację, siła to podstawa.
      Ty dajesz radę, ja dam, każda da...

      Usuń
  14. Musisz mieć dużo siły w sobie, żeby dać sobie radę. Gdy pojawi się maluszek wszystko się zmieni, ale też znajdziesz nowe pokłady cierpliwości, zrozumienia i miłości. Wierzę, że się wszystko ułoży. trzymamy kciuki i pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń
  15. Oj ja zdecydowanie bym nie chciała.Byłam szczęśliwa kiedy na początku związku dowiedziałam się że eM ma wojsko odroczone ze względu na kontuzję którą doznał grając w piłkę.Po pierwsze tęsknota, już się wytęskniłam za nim jak byliśmy przez 3,5 roku w związku na odległość, i jestem szczęśliwa że codziennie o godzinie 16:00 pojawia się w drzwiach mieszkania,może nie zarabia milionów ale dla mnie nie pieniądze są najważniejsze a to byśmy każdego dnia spędzali czas razem.
    A Ty jesteś silna i dasz radę !


    nasze-perypetie.

    OdpowiedzUsuń
  16. Nie wiem jak bym dała radę z mężem żołnierzem a coś ostatni często ten temat u Nas w domu wychodzi. Mój mąż jest w służbie mundurowej, ale nieco innej. I tak ciągle ma jakieś szkolenia, strzelanie, szkółki... Ale przynajmniej mieszkamy w jednym miejscu i wiem, że na misje nie pojedzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Służby mundurowe... tak to właśnie jest... Szkolenia i inne duperele... Cóż, ktoś to wszystko musi robić, a że akurat padło na naszych mężów... I tak ich kochamy :)

      Usuń
  17. cóż nie muszę się zastanawiać czy chciałabym, bo mam :] akurat ja wiedziałam na co się piszę, bo jak sie poznaliśmy to mąż już był żołnierzem jakieś 7lat, więc w sumie nie wiem jak to jest mieć męża nieżołnierza :P praca tam ma swoje plusy min pensja, 13stka, mundurówka, urlopówka i nam się jeszcze udało dostać a później wykupić mieszkanie wojskowe ;) ale ma to swoją wysoką cenę we wszelkich jego (ciągłych) wyjazdach i kursach poza miastem w którym mieszkamy, nawet jak trafiłam do szpitala z poronieniem to byłam sama, mąż nie mógł przyjechać bo był akurat na kursie, dopiero 3 dni później w piątek jak mnie wypisali wrócił do domu na weekend. Na szczęście mój lekarz dał mu l4 na mnie inaczej w niedziele musiał by jechać znów...

    OdpowiedzUsuń
  18. cóż nie muszę się zastanawiać czy chciałabym, bo mam :] akurat ja wiedziałam na co się piszę, bo jak sie poznaliśmy to mąż już był żołnierzem jakieś 7lat, więc w sumie nie wiem jak to jest mieć męża nieżołnierza :P praca tam ma swoje plusy min pensja, 13stka, mundurówka, urlopówka i nam się jeszcze udało dostać a później wykupić mieszkanie wojskowe ;) ale ma to swoją wysoką cenę we wszelkich jego (ciągłych) wyjazdach i kursach poza miastem w którym mieszkamy, nawet jak trafiłam do szpitala z poronieniem to byłam sama, mąż nie mógł przyjechać bo był akurat na kursie, dopiero 3 dni później w piątek jak mnie wypisali wrócił do domu na weekend. Na szczęście mój lekarz dał mu l4 na mnie inaczej w niedziele musiał by jechać znów...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, widzisz sama, zalety tej pracy są praktycznie tylko finansowe, no i może jeszcze to, że facet się rozwija, jeżeli oczywiście lubi wojsko... Ale my, żony często jesteśmy same z całą tą domową i przydomową rzeczywistością... I to boli, chociaż wiadomo, że czasem duma rozpiera, że masz męża, który w razie czego będzie walczył o NASZ kraj... Gorzej jak jedzie, bo musi się tłuc o czyjąś ropę, tudzież inne bzdury, które nie są interesem Polski... Ehhh...
      Współczuję, że nie było przy Tobie męża, kiedy poroniłaś. Przy mnie był i nie mam pojęcia, co by ze mną się stało, gdyby nie on i jego wsparcie...

      Usuń
  19. hmm rozpisałam się a mojego komentarza nie widzę :(

    OdpowiedzUsuń
  20. aaaa już łapię musisz zatwierdzić :P

    OdpowiedzUsuń
  21. Nie chciałabym być na Twoim miejscu, ale wierzę że nie będziesz musiała podejmować takiej decyzji :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Trochę Cię rozumiem bo mam w rodzinie żołnierzy. Niestety rozkaz to rozkaz i nie ma dyskusji albo rezygnujesz z kariery.
    Ja też często bywałam sama bo mój mąż jest handlowcem i dużo jeździł ale na szczęście rodziców mam blisko, Tobie w obcym mieście musi być ciężko ale dasz radę ponoć wiele jesteśmy w stanie znieść :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak już urodzi się nasz Okruszek, nie będę w tym mieście sama... Tak się pocieszam...

      Usuń
  23. Dziękuję Ci bardzo za miłe słowa i dobre rady. Wypowiedź naprawdę kolosalna, ale przyswoiłam sobie, co w niej zawarłaś i zgadzam się z Tobą :)

    OdpowiedzUsuń