Polska służba zdrowia ci "pomoże", czyli terapia śmiechem

poniedziałek, listopada 05, 2012

Moje sobotnie przeboje z grypą żołądkową zakończyły się wizytą na izbie przyjęć.

Wymioty nie mijały, nie mogłam wypić już nawet łyka wody, nic nie jadłam i wymiotowałam krwią. O godzinie 19 zadzwoniłam do mojego ginekologa, ten kazał mi się natychmiast zgłosić do szpitala, powołać się na niego i powiedzieć, że mają podać mi kroplówkę w celu wyrównania stężenia elektrolitów, bo się odwadniam.
Niestety, nie miałam już siły tłumaczyć mu, że nie mogę pojawić się w szpitalu, w którym pracuje, ponieważ jestem w innym mieście. 

Miałam problem, bo M. był w pracy na służbie, za żadne skarby świata nie mógł stamtąd wyjść, ja - już mega osłabiona - bałam się jechać sama samochodem, ponieważ nogi mi waciały i cała się trzęsłam, a nie znałam numeru telefonu żadnej taksówki. Zadzwoniłam do rodziców, którzy powiedzieli, że przyjadą po mnie z drugiego miasta, ale ponieważ mogło to trochę potrwać, postanowiłam zadzwonić po karetkę pogotowia. 
Dyspozytorka, która odebrała po bardzo długim sygnale, sennym głosem zarzekła się, że w żadnym wypadku nie wyślą po mnie erki, ponieważ mają tylko JEDNĄ (na jakieś 60 tys. osób!!!) i ktoś inny może bardziej jej potrzebować :@ No, chyba, że mam papierek od ginekologa... Tak, byłam w stanie iść, załatwić sobie papierek od ginekologa, żeby karetka po mnie przyjechała, ale na pogotowie już nie mogłam się dostać :@
Ok, w sumie byłam na to przygotowana, więc dzwonię jednak po tą mamę, bo czułam, że jeszcze chwila i zasłabnę. 

Po jakichś dwóch godzinach trafiłam na izbę. I tu się zaczęło. Nie wiedziałam czy śmiać się, czy płakać. Bez obaw, nikt pomocy mi nie udzielił :) Ważniejsze są papierki i pieniądze.

Na izbie kolejka jak nie wiem, ale fachowej pomocy brak. Wszyscy czekają, ale nie wiadomo na kogo, bo lekarze siedzą sobie w jakimś pokoju, na korytarzu co jakiś czas rozlegają się głośne śmiechy i nikomu z tego tajemnego pomieszczenia nie przejdzie nawet przez myśl, że gdzieś "tam" na pomoc czekają LUDZIE.

Stoję, łażę, siedzę, w końcu mojej mamie udaje się złapać jakąś pielęgniarkę, zdziwioną faktem, że ktoś może od niej czegoś chcieć. Na izbie nie ma żadnego lekarza, więc po długich namysłach dzwoni, a następnie zabiera mnie na ginekologię. 
Lekarz ginekolog wie tylko, że mam grypę żołądkową, nie interesują go dolegliwości i ich przebieg, ile to trwa itd. Robi mi dokładne USG, wykonuje badanie ginekologiczne, stwierdza, że z Nelą wszystko w porządku. Ale... na oddział mnie nie przyjmie, bo mogę pozarażać inne pacjentki. Więc mówię mu, że ja tu jestem tylko po kroplówkę, jelitówka po jednym - dwóch dniach mija, a on mi na to, że procedury są takie, że żeby podać mi kroplówkę muszą mnie przyjąć do szpitala, zrobić specjalistyczne badania i zatrzymać na minimum 4 dni, bo inaczej NFZ im kasy za mój pobyt nie odda. Aha... Czyli jak dziś jest sobota, a jutro niedziela, to badania zrobią mi w poniedziałek i kroplówkę podadzą NAJWCZEŚNIEJ w poniedziałek wieczorem! Więc, myślę sobie, samo mi prędzej przejdzie.

W związku z tym, że nie mogę zostać na ginekologii, wysyła mnie na zakaźny w celu konsultacji. Idę tam z myślą, że nie zostanę, bo przecież przez 4 dni sama mogę zarazić się czymś groźniejszym niż jelitówka. 
Bez obaw, i tak mnie nie przyjęli :)
Pani na zakaźnym zrobiła mi awanturę, czemu nie mam skierowania. Wybałuszyłam oczy na wierzch, bo ginekolog dał mi jedynie wyniki USG. 
- Gdzie jest skierowanie??? - ona.
- Yyyy, nie wiem, dostałam tylko to. - ja.
- No jak tak bez skierowania? Co ja mam z panią zrobić? - ona.
- Nie wiem, przyszłam tu rzekomo tylko na konsultację, nikt mi nie mówił, że mam tu zostać i dlatego bez skierowania. - ja.
- Chyba nie kładzie się ciężarnej na zakaźnym? - moja mama.
- Słucham? To według pani gdzie ją mamy położyć? Proszę mi tu nie wyjeżdżać z takimi tekstami! - ona.
Po czym poszła zadzwonić na główną izbę przyjęć, żeby się pożalić, że "przylazła jej tu taka"... :@
Wróciła, twierdząc, że nie może mi podać u siebie na izbie kroplówki, bo ma tu za mało miejsca i jakby pojawił się inny pacjent, to nie będzie miała go gdzie zbadać. Aha, czyli tym razem badań przed kroplówką robić już nie potrzeba, jest za to inny problem...
Odesłała mnie w konsekwencji znów na główną izbę przyjęć. 

Na izbie po raz kolejny siedzę i czekam. Jakiś facet stoi i również się żali, że od dwóch godzin odsyłają go z córką tu i tam, a nikt nie pomaga. Mam ochotę już śmiać się z tego wszystkiego, chociaż jestem jednocześnie tak zdenerwowana, że czuję, jak kortyzol sprawia, że wracają mi siły.
Jakaś baba, za przeproszeniem, pyta w końcu, po co przyszłam. Wybucham śmiechem i odpowiadam jej, że już sama nie wiem, co ja tu robię.
Odnajduje się zaginiony internista. Jakiś sanitariusz mierzy mi ciśnienie. Internista tłumaczy, że ciężarnej, nawet z taką chorobą jak ja, nie można umieszczać na zakaźnym - zostaje tylko i wyłącznie ginekologia, ale tam mnie nie chcą. Zaczyna wywody, że nie mogą dać mi kroplówki, bo nie mam zrobionych żadnych badań. Odpowiadam, że prędzej sama się wyleczę w domu. Wszystko jest kpiną, ale zaczyna być już komiczne. Moja mama jest czerwona ze śmiechu. Mówi lekarzowi, że gdybym była umierająca, to od momentu kiedy zadzwoniłam po karetkę do teraz już bym umarła. I stygła sobie dawno... Ale, na szczęście, ja czuję się już dużo, dużo lepiej. Wyleczyli mnie. Terapia śmiechem działa :)
Zdezorientowany lekarz w końcu mówi, że położą mnie na ginekologii. Odmawiam. Więc on "uświadamia" mi coś, co powoduje u mnie jeszcze większe rozbawienie: "Przyjechała pani po pomoc i ta pomoc jest, a pani nie chce skorzystać". Tak, odpowiadam, przyjechałam po pomoc i faktycznie się jej doczekałam. Każdy umywa ręce i odsyła mnie dalej. A mi już o wiele, wiele lepiej. I wyszłam stamtąd, ostentacyjnie dziękując za "pomoc" bez pomocy.

A mój ginekolog powiedział mi, że po prostu mam iść na izbę, a oni podadzą mi tam kroplówkę. Mhm...

Ehhh, dobrze, że nie rodzę w tym szpitalu...
I dobrze, że w nim nie zostałam, bo po powrocie do domu zaczęłam być mega głodna. Ugotowałam sobie kaszkę mannę i jadłam po trochu. Po trochu piłam też wodę. I, co najważniejsze, nie wymiotowałam. Pomogli mi! Przeszło jak ręką odjął :) I rano o 5 znów jadłam. A o godzinie 9 wstałam z łóżka jak nowo narodzona. A w szpitalu leżałabym całą noc głodna i przez dwa dni już zdrowa, ciągle czekając na kroplówkę...

Polska służba zdrowia... :D 
M. miał ochotę wnieść na ten szpital jakąś skargę, chociażby za sposób, w jaki mnie potraktowali, bo obrywało mi się od jednych lekarzy za niekompetencję drugich, ale stwierdziłam, że można by tak zrobić, gdyby tylko mnie wkurzyli. A oni mnie jednocześnie wkurzyli i... rozbawili :) Dlatego daruję im, a na przyszłość będę omijać ten szpital szerokim łukiem.

Ehhh, brak mi więcej słów komentarza, dlatego tylko suche fakty przytaczam. Niech sobie każdy zinterpretuje to jak chce :)

Te posty mogą Ci się spodobać:

15 komentarzy

  1. biedactwo! Najważniejesze, że to już za Tobą! Moja koleżanka ostatnio opowiadała mi na temat swoich przejść z okresu ciąży. W jej przypadku pojawiły się komplikacje ze strony nadczynności tarczycy. Dziewczyna wylądowała w szpitalu i wyobraź sobie, że zamiast polożyć ją na patolgii ciąży. Mimo, że problem dotyczył jej a nie dziecka - ale przecież była w ciąży więc obowiązkiem szpitala było położenie jej właśnie na tym oddziale, a jeśli nie o chociaż w izolatce. Dziewczyna wylądowała na najgorszym ze szpitalnych oddziałów a mianowicie na oddziale wewnętrznym z kąd z reguły droga już tylko do nieba :( W dodatku umieścili ją w sali obok kobiety po wypadku samochodowym. Kobieta już roślinka z połową mózgu na wierzchu, ledwo dychająca... Najmocniej przepraszam, że opowiadam takie straszne historie, ale dla mnie to paranoja! Koleżanka mówi, że po tym zajściu omal w psychiatryku nie wylądowała... na codzień oglądała metalowe trumny wyjeżdżające z oddziału, a wszystkiemu towarzyszył notoryczny krzyk chorych błagających o pomoc. Dziewczyna opowiadała mi tą historię ze łzami w oczach, sama zresztą słuchając tego ledwo wytrzymałam bez płaczu, aż włosy się jeżą na głowie. I tak dziewczyna spędziła ponad 2 tygodnie na oddziale. Mimo usilnych starań przeniesienia, dopiero znajoma rodziny, która akurat miała wejścia w służbie zdrowia - porozmawiała z ordynatorem i załatwiła bidulce przeniesienie... coś strasznego :S

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę i wiem, że są i gorsze historie niż moja. Można by wydać książkę na temat polskiej służby zdrowia.
      Dobrze, że koleżankę chociaż stamtąd przenieśli, bo nie wątpię, że na takim oddziale, to nic tylko zwariować można... Ale co przeżyła i co widziała to jej, prawda? Niedobrze, że musiała przeżywać takie rzeczy w ogóle, a tym bardziej w ciąży! To paranoja...

      Usuń
  2. Ale jazda! ha ha ha ha ha:)
    Najważniejsze, że już czujesz się lepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie ha ha ha ha :) śmieję się jak to wspominam, ale jednocześnie zaczynam się bać, że w razie gdyby, tfu tfu, działo się coś naprawdę groźnego, to nie będę mogła liczyć, że ktoś NAPRAWDĘ mi pomoże...

      Usuń
  3. Ja jestem po prostu w szoku... U nas jak przyjechałam z bólem (jeszcze przed ciążą) podbrzusza to lekarz przyszedł prawie od razu. Natychmiastowe badania i położenie na oddziałc-choć różnica była taka, że bali się o moje życie... A zazwyczaj np. ze złamaną nogą/palcem czeka się 2-3 godziny aż z jakiegoś oddziału przyjdzie odpowiedni lekarz... To wymiotowanie krwią mnie przeraziło...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mam różne przejścia ze szpitalami, ale np. w moim mieście jak mdlałam w domu to karetka po mnie przyjechała, zabrali mnie, od razu się mną zajęli, migiem zrobili badania krwi i podali kroplówkę. Po 3 godzinach byłam już w domu i czułam się ok...

      Usuń
  4. O rany, człowiek 5 razy zdąży się przekręcić zanim się ktoś nim zajmie ;/


    Dobrze, że już lepiej się czujesz ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. nie zazdtoszcze tej historii...

    OdpowiedzUsuń
  6. Niestety taka jest prawda o "polskiej służbie zdrowia".
    Ja jak miałam iść rodzić to najbardziej wkurzała mnie myśl o tym, że będę musiała po porodzie zostać w szpitalu brrr! A jak na złość byłam tam tydzień! Lekarze na obchodzie obiecywali mi wyjście już od 4 doby, ale zawsze coś, a to badanie powtórzyć, a to to, a to tamto. Myślałam, że wyjdę z siebie, bo codziennie nastawiałam się, że nareszcie wychodzimy. Byłam przeziębiona, zmęczona i źle się tam czułam - chciałam po prostu wrócić do domu. A przedłużyło się to wszystko głównie ze względu na zwrot kosztów dla szpitala. Podkreślę, że rodziłam naturalnie i wszystko było w porządku i ze mną i z dzieckiem.
    Człowiek zamiast spokojnie wrócić do domu i dojść do siebie musi się męczyć, bo takie są przepisy..

    OdpowiedzUsuń
  7. To jest po prostu śmieszne... Jeden wielki bałagan, zamiast pomóc cięzarnej odsyła się ją z miejsca w miejsce... No chyba, że wspomnisz, że jakiś lekarz jest Twoim przyjacielem/znajomym/wujkiem/bratem/mężem, to i owszem, problemu żadnego nie ma, każdy nagle sie robi miły, pomocny, daje herbatkę do picia a i żadne badania nie są nagle problemem... Sama tego doświadczyłam. Całe szczęście, że poczułaś się lepiej, że już wszystko dobrze...

    Ja w 28 tc trafiłam do naszego miastowego szpitala, również z grypą żołądkową, umieścili mnie na ginekologii w izolatce. Pamiętam na izbie przyjęć lekarz mnie przytrzymywał, bo omal nie zemdlałam, nie miałam siły siedzieć, a co dopiero iść... A jak wieczorem przyszła do mnie pielęgniarka i z ironicznym uśmiechem na twarzy spytała: "co, jak już w szpitalu to od razu Pani cudownie ozdrowiała?"

    Wybacz, że nie komentowałam, czytałam cały czas, niestety nie miałam sprawnego komputera, a mój telefon nie pozwalał mi na zostawienie tu śladu po sobie...
    Strasznie lubie tu zaglądać, bardzo ciepło opisujesz świat Cię otaczający, jesteś niezwykle inteligentną i wartościową osobą, z pewnością będziesz wspaniałą mamusią!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też bardzo Cię przepraszam, że się nie odzywałam, ale moje gg wciąż nie działa, a, jak się może orientujesz, świat ostatnio zawirował, bo przeprowadziłam się do Tomaszowa i ciągle jakoś nie umiem się tu odnaleźć :/

      Myślałam ostatnio nad naszym spotkaniem, o które będzie trudniej z racji tego, że nie ma mnie w Rawie, ale pod koniec listopada zamierzam przenieść się do rodziców, bo Marcin jedzie na poligon, więc może wtedy? :)
      Jakby co napisz do mnie na maila, jest w zakładce kontakty u góry, bo nie wiem, kiedy ogarnę to gg :/

      Dziękuję za miłe słowa :) Ty już jesteś wspaniałą mamusią :)

      Usuń
  8. Nie znoszę naszej służby zdrowia, wysadziłabym ją całą w powietrze...
    Najważniejsze, że poczułaś się lepiej :)

    OdpowiedzUsuń