Podsumowania. Ciążowe. I końcoworoczne.

poniedziałek, grudnia 31, 2012

Moje paranoje jednak okazały się być jedynie paranojami. 
W piętek byliśmy na wizycie u doktorka. 

Szyjka w porządku, tzn. zbyt długa nie jest, ale wszystko pozamykane. 
Dno macicy 4 cm nad pępkiem, a ostatnio było tylko 2 cm, więc opuszczenie brzuszka albo jest jakimś złudzeniem, albo tak po prostu zmienił się jego kształt.
Nic nie wskazuje na to, by Nel śpieszyła się na świat (na szczęście!).

Wyniki badania moczu w porządku, morfologia dużo lepsza niż ostatnio, anemia jeszcze jest, ale już mniejsza, dlatego lekarz zmniejszył ilość branego przeze mnie żelaza. 
No, i wybiorę do końca listek tabletek rozkurczowych i możemy sobie pomachać na pożegnanie, bo brzuś już tak mocno się nie stawia. 

Kornelcia w ostatnim dniu 32 tygodnia ważyła ok. 1900 g
Za to ja praktycznie w ogóle nie przybrałam na wadze przez trzy tygodnie, chociaż myślałam, że święta coś zmienią. 
Tak więc nadal jestem tylko 6 kg do przodu...
Biorąc pod uwagę fakt, że Nel waży jakieś 600 g więcej, a ja wciąż tyle samo, wysnuwam wniosek, że ból zęba i jedzenie w tym czasie jedynie niewielkich ilości kaszy manny spowodowało, że ja sama schudłam :/

***
Ostatni dzień starego roku, a ja co nieco przybita jestem. 

Po pierwsze, Sylwestra spędzę sama w domu, bo M. ma służbę. 
Jeszcze nie wiem, co będę robić. Może obejrzę jakiś film, może poczytam, może pooglądam przez okno czyjeś fajerwerki, a może pójdę spać jeszcze przed północą... 
Nie widzę jakiegoś specjalnego uroku w odliczaniu ostatnich sekund do Nowego Roku. 
A już na pewno urokiem dla nikogo nie byłoby spędzanie tego czasu ze mną, z ciężarówką w 8 miesiącu, która ani szampana się nie napije, ani nie zaszaleje w tańcu, ani nawet rozmową nie zabawi, bo tylko jęczeć, narzekać i dyszeć jak lokomotywa jest w stanie.

Wczoraj naszło mnie na rozmyślanie o sobie, o własnym życiu i tym, czego nie i co dokonałam/osiągnęłam. Oj, zły był to dzień. Z kijem nie podchodź. Jakiś płaczliwy nastrój mi się włączył. Oberwało się i M. Biedny :(

Czuję się absolutnie jak wyżęta, rozmemłana, stara szmata... 
Muszę się w końcu podnieść i wziąć w garść, bo nie chcę, aby Nel widziała mnie jako niespełnioną i zawiedzioną życiem kobietę. Muszę jej pokazać, jak być silną, dumną i pewną siebie, a nie nauczę jej tego, jeżeli ja sama faktycznie taka nie będę...

Piękna, iście wiosenna (mogę tak napisać???) pogoda za oknem dodaje mi sił, chcę coś zmienić, ale chyba lista w stylu: "W roku 2013 zrobię to i to..." jest dla mnie zbyt dużym wyzwaniem. Zdecydowanie bardziej wolę wprowadzać w życie powolne zmiany, tak co dzień po trochu, bez planowania, z którego przecież później i tak nic nie wyjdzie, a ową listę postanowień noworocznych wyciągnę i przeczytam za rok, i stwierdzę po raz kolejny: "ale po cóż ja to pisałam???"...

...
Być dobrą mamą dla swojego dziecka. 
Dobrą żoną. 
Dobrym człowiekiem. 
Nie przestawać marzyć. 
Wierzyć, ufać. 
Wiecznie kochać. 
Nigdy nie tracić nadziei.
Nie dać uciec szczęściu.

To zdecydowanie najlepsze i najbardziej uniwersalne postanowienia. Nie noworoczne. Takie na całe życie. 
I tylko te zawsze miałam i mieć będę w głowie.

 
Podsumowanie 2012 roku?
Hmm...
Przede wszystkim: utwierdziłam się w przekonaniu, że wybrałam najlepszą z możliwych ścieżkę mojego życia: tą, którą kroczę z M. i którą kroczyć będziemy z naszymi dziećmi.

Okazało się, że jestem silniejsza niż kiedyś sądziłam. I że większość mojej siły pochodzi od M. 
I że bez Niego moje życie nie znaczy już nic...

Niesamowicie się do siebie zbliżyliśmy...

Pamiętam ten dzień w grudniu 2011, kiedy postanowiliśmy: rok 2012 da nam dziecko. 
I tak też się stało. Już pod koniec stycznia mogliśmy do siebie mówić per mamusiu i tatusiu. Niestety, nie było nam dane długo cieszyć się nowym życiem. 
Luty był zdecydowanie najgorszym miesiącem w całym roku. Musiałam zmagać się ze stratą naszego wymarzonego Dzieciątka, musiałam udźwignąć ciężar żałoby, poniżenia, niezrozumienia i obojętności. Przez prawie trzy miesiące tkwiłam w dzikiej rozpaczy, ocierając się o załamanie, zamykając coraz bardziej w swoim smutku i żalu. 
Marzec i kwiecień były miesiącami, które pamiętam przez pryzmat łez i szaleństwa, a właściwie to wcale ich nie pamiętam, chociaż wiem jedno: że obsesyjnie pragnęłam wówczas kolejnej ciąży. Aż w końcu w mojej głowie pojawiła się myśl, że trzeba by się otrząsnąć, bo inaczej zwariuję. Znalazłam pracę, która chyba odrywała mnie od złych myśli i rozpamiętywania. Miałam przynajmniej jakieś zajęcie. I tylko jedno się nie zmieniło: niezmierna chęć posiadania dziecka. 
Przyszedł maj. M. przez 2 tygodnie był w Opolu na ćwiczeniach rotacyjnych, a mi spóźniał się okres. Niestety, nadzieja zawiodła. Wracałam z pracy, płacząc w samochodzie. Zrezygnowałam. Poddałam się. Przestałam chcieć. 
Wrócił M. i był już czerwiec.
5 czerwca. Tamten wieczór, kiedy stęskniona wtuliłam się w ramiona M. Piliśmy wino. Czerwone. Nie oczekiwałam od życia już nic, potrzebowałam tylko mojego Męża i jego czułości...
Przez jakieś dwa tygodnie po tym wieczorze bardzo źle się czułam i miałam mdłości. Byłam pewna, że zaszkodziło mi wino, które piliśmy. Naprawdę byłam pewna, że to tylko wino... 
A to była już... Kornelka...
Lipiec i pierwsza rocznica naszego ślubu przyniosła potwierdzenie: będzie nas więcej. Cudowny prezent dla młodego małżeństwa, prawda? Ale... nie taki łatwy do przyjęcia, bo przecież to Bóg daje, więc i Bóg może zabrać... znów...
Lipiec i sierpień to miesiące ogromnego strachu o ciążę. 
Ale potem wrzesień... i leciało już z górki. Radość i pewność była tylko coraz większa. I chociaż nie było łatwo, bo problemy z mieszkaniem, teściami i pieniędzmi, dźwignęliśmy się z tego wszystkiego, bo było dla kogo się starać.
Październik to już nowa praca M., nasze nowe gniazdko, nowe miasto i nowe otoczenie. 
Listopad=tęsknota za M., bo on na poligonie. Szpital i strach o Nel.
A grudzień... grudzień minął nie wiem kiedy. Ostatnie święta we dwoje...

I tak oto dobrnęłam do dziś. Dobrnęliśmy. Z Nelą. Z sensem naszego życia. Z naszą nadzieją na lepsze jutro.

Było ciężko. Ale liczyłam się z tym. 
Bo nikt nie obiecywał, że będzie łatwo...


ROK 2013 zmieni wszystko. Całe moje życie. Życie M. 
I już nic nigdy nie będzie takie samo. 
I my nie będziemy tacy sami. 
Będziemy rodzicami. Mamą. Tatą. Już tak na zawsze. 

I będziemy razem, w radościach i niepowodzeniach naszego rodzicielstwa. 
I zawsze będziemy się szanować, zawsze będziemy dla siebie całym światem i jedynym oparciem.

Będzie pięknie!


Ale się zrobiłam melancholijna... 
To na koniec jeszcze jakaś muzyczna melancholia i znikam, bo zaraz przy mnie pośniecie...
(Dziś moje towarzystwo jest bardzo uciążliwe. Dobrze, że M. w pracy i mnie nie musi słuchać ;)...)

 


Bawcie się dobrze dzisiejszej nocy!
Szczęśliwego Nowego Roku!!!

Te posty mogą Ci się spodobać:

15 komentarzy

  1. A ja mam nadzieję na to, że będę dobrą partnerką dla mojego mężczyzny. Bo jeśli tak, to będę wówczas dobrą matką dla mojego dziecka. Jak piszą psychologowie - zgrani i szczęśliwi rodzice to szczęśliwe dziecko.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozumiem Cię doskonale, tylko u mnie kluczowym miesiącem był marzec... Potem strach i znowu radość - jesteśmy silniejsze dla naszych maluchów. Ten rok przyniesie wiele radości i zawodów, ale... tak jest co roku. Trzymam kciuki, aby wszystko poukładało się po Twojej myśli. Wszystkiego dobrego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Powodzenia i wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wszystkiego dobrego na ten Nowy Rok! a narzekaniem się nie przejmuj :) zdarza się :)

    Pozdrawia cicha czytelniczka
    Niania Ania :)
    (www.swiat-wg-anuli.bloog.pl)

    OdpowiedzUsuń
  5. Weronika! Lekkiego porodu, zdrowej córy, jak najmniej wyjazdów M. i zdrowia. Szczęśliwego Nowego ROku:)

    OdpowiedzUsuń
  6. zatem najlepszego w nowym roku!

    OdpowiedzUsuń
  7. Kochane :)) Wszystkiego naj, naj, naj :))) Miłości, Zdrowia i Spokoju Wewnętrznego na ten 2013 rok Wam życzę.

    tule sylwestrowo

    OdpowiedzUsuń
  8. Wszystkiego najlepszego w 2013:)I głowa do góry, szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko, tak mówią :) i jeszcze jeden utarty frazes: uśmiechnij się do życia, a ono uśmiechnie się do Ciebie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Na pewno nic nie jest w stanie Ciebie pocieszyć, bo nie ma obok Twojego męża i do tego już jest ciężej z brzuszkiem. Ale jakoś musisz to przetrwać i wziąć się w garść, bo będziesz potrzebowała dużo siły dla małej Kornelki!Każdy ma złe dni i bardzo Ci współczuje, że jesteś sama i do tego obce miasto, ale ciesz się - będziesz miała dziecko, a nie każdemu to jest dane. Nie wiem co znaczy stracić, ale wiem co znaczy walczyć o upragnione dziecko.. Niedługo będzie cieplej i będziesz mogła wyjść na spacer z córeczką, nacieszyć się zielenią. Zobaczysz jak się urodzi to tak wypełni Tobie czas, że nie będziesz wiedziała jaki jest dzień i wtedy nie będzie czasu na martwienie się (no chyba takie martwienie kiedy ja coś zjem? ;). Będziesz cieszyła się z nowych umiejętności malutkiej, pierwszego uśmiechu, spojrzenia, nowych fałdek na nóżkach, itp.:) Myśl o tym!:) Wszystkiego dobrego:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Piękne podsumowanie :-) fajnie że udało mi się towarzyszyć wirtualnie tobie przez ten rok :-)
    Życzę jeszcze piękniejszych chwil w tym nowym roku !!!

    Serdecznie pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Szczęśliwego Nowego Roku!! :)

    OdpowiedzUsuń
  12. I od nas również Szczęśliwego Nowego Roku! :))
    Oby był bardziej optymistyczny niż 2012 :)
    U nas Sylwester spędzony w łóżku, po pobycie w szpitalu miałam głowę tak zawaloną myślami, że padłam od tych wrażeń na amen. I też nie odliczałam, bo w sumie i na co? Więcej doskonale rozumiem Twój tok myślenia :))

    OdpowiedzUsuń
  13. Ale się wzruszyłam... :(

    Szczęśliwego Nowego Roku, aby był lepszy od poprzedniego, przyniósł mnóstwo zdrowia, wiele radości i uśmiechu, jak najmniej problemów, trosk i zmartwień, aby spełnił Wasze wszystkie plany i marzenia!

    OdpowiedzUsuń
  14. łezka się kręci:)
    trzymam kciuki za Was!

    http://emiliuszka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń