Cudowne pierwsze spotkanie z Nel - PORÓD

poniedziałek, marca 11, 2013

Poród. Magiczne przeżycie. Niezapomniane.
Czy tak było u nas? Nie do końca. Dopiero od momentu, kiedy usłyszałam głośny krzyk Nel, wszystko stało się cudowne, wzruszające, podniosłe.

A jak to wszystko się zaczęło?
Termin porodu miałam wyznaczony na poniedziałek 25 lutego. 
Dzień przed, w niedzielę, stwierdziłam, że Nelcia będzie należeć do spóźnialskich.
Poszłam z M. na baaaardzo długi spacer, mając nadzieję, że tym samym przyspieszę poród. Ale gdzie tam, jak do tej pory w ciąży męczyły mnie nawet 10 minutowe przechadzki po mieście, tak po tym kilku kilometrowym maratonie nie bolało mnie zupełnie nic, czułam się na tyle świetnie, że spokojnie mogłabym tę drogę przebiec, nie tylko przejść. Po powrocie do domu wpełzłam jeszcze na ostatnie piętro w naszym bloku i z powrotem na dół, i prócz zadyszki nie zauważyłam u siebie nic niepokojącego (w sensie wskazującego na poród).
Ale... psychicznie czułam się... dziwnie i dziś pamiętam ten dzień jak przez mgłę.
Po południu zaczęły się skurcze Braxtona-Hicksa, w średnich odstępach 3-4 minut od siebie. Niestety, nie nasilały się i w końcu dałam sobie spokój z mierzeniem ich częstotliwości.
Zrezygnowana poszłam spać o godzinie 23. "Nic na siłę, natury nie przechytrzysz" - myślałam.

Około godziny 01.00 okazało się, że Nel należy jednak do bardzo punktualnych - do tej nielicznej grupy dzieci urodzonych w terminie. Ledwo co wybiła data '25 luty', a mnie obudził dziwny... ból. Tak, ból, nie myślałam, że to skurcz. Wydawało mi się, że muszę się wypróżnić. Poszłam do łazienki, ale tam nic. Złapał mnie kolejny taki ból. Wróciłam do łóżka, obudziłam M. i powiedziałam mu, że coś się dzieje.
M., jak to M., spanikowany stwierdził, że pewnie zaczynam rodzić. Odparłam, że "nie wydaje mi się", położyłam się i stwierdziłam, że idę spać. Zamknęłam oczy, a wtedy pojawił się kolejny skurcz. Wstałam niepewna, M. szybko się ubrał, ja planowałam prysznic, ale szybko okazało się, że nie dam rady. Skurcze były już co 3 minuty i tak silne, że w czasie ich trwania nie byłam w stanie nic zrobić. M. na mnie krzyczał, żebym się ubierała, że musimy szybko do szpitala, bo przecież trzeba jeszcze podać antybiotyk na GBS, a ja opierałam się o ścianę i w ogóle nie myślałam. Ból był okrutny, nie przypominał tego na okres, ani skurczu w łydce, a bezczelnie szedł od krzyża, ale to był dopiero przedsmak... ;)
Kiedy w końcu stanęłam gotowa w drzwiach wyjściowych mieszkania, odeszły mi wody. Nie było już czasu wracać, przebierać się, wszystko działo się w szaleńczym tempie. Dlatego też bardzo szybko musieliśmy z M. podjąć decyzję o porodzie w szpitalu w mieście, w którym mieszkamy, nie chciałam ryzykować, jadąc 30km do szpitala, w którym zaplanowałam poród, męczyć się w samochodzie ze skurczami i wodami cieknącymi po nogach.

Do szpitala przyjechałam jakoś przed godziną 2. Tam wszystko poszło bardzo sprawnie, nikt zbytnio nie zaprzątał mi głowy formalnościami, praktycznie od razu wylądowałam na sali porodowej. Rozwarcie: 4cm, skurcze trochę zwolniły i pojawiały się co około 5-7 minut.
Ze względu na to, że skurcze szły od krzyża, najlepiej znosiłam ból na stojąco lub na piłce, leżenie na wznak było prawdziwym koszmarem.

Po KTG zawołali na salę M., który to okazał się najdzielniejszym facetem pod słońcem, trzymał mnie za rękę, uspokajał, przypominał o prawidłowym oddychaniu i był niezwykle opanowany.

I tu, z tego miejsca, chcę Ci podziękować, Skarbie, za Twoją obecność, za Twoją nieocenioną pomoc, za miłość, którą mi wówczas okazywałeś i przeprosić, że nakrzyczałam na Ciebie, że na mnie chuchasz i że wrzasnęłam "Cicho bądź!", kiedy po raz setny przypomniałeś mi o oddychaniu. Kocham Cię nad życie :*

Po jakiejś godzinie zrobiono mi lewatywę, potem badanie i okazało się, że rozwarcie wynosi już 9cm. Była godzina 3 nad ranem. Skurcze robiły się coraz częstsze i coraz silniejsze, i chociaż wszystko postępowało w naprawdę zawrotnym tempie, mi wydawało się, że trwa już wieki i chciałam żeby się skończyło. Nie mogłam skupić się na oddechu, ciągle gubiłam rytm, zapominałam, ale wiem, że w momentach, kiedy oddychanie szło mi dobrze, lepiej znosiłam ból.
W tym momencie porodu odebrałam też telefon od mojej mamy i powiedziałam jej, że chyba nie dam rady przez to przejść ;) Mama odparła, że na pewno dam i trochę podniosła mnie na duchu.

Kolejna godzina porodu upłynęła mi na piłce, z ręką M. mocno zaciśniętą w mojej dłoni.
Około godziny 4 badanie wykazało rozwarcie 10cm i zaczęliśmy parcie. Ból był niesamowity, tupałam nogami o łóżko. Nie wiem, jak przeżyłam kolejne 1,5 godziny, nie pamiętam praktycznie nic.
O 5.30 badanie. Lekarz stwierdził niewspółmierność porodową. Nel nie współpracowała, pomimo parcia w różnych pozycjach nie posunęła się do przodu nawet o milimetr. Główka zaparła się o spojenie łonowe.

Szybka decyzja lekarzy - cesarskie cięcie. Podpisałam zgodę, było mi już wszystko jedno jak urodzę, byle tylko Nelci nic się nie stało. 
Położna powiedziała mi jeszcze, że byłam bardzo dzielna, że wszystko ładnie i szybko szło, ale są rzeczy, na które nie mam wpływu...

Wyprosili M., ja dźwignęłam się z łóżka i o własnych siłach doczłapałam się na salę operacyjną, chociaż przyznam, że łatwo nie było z tak już nasilonymi bólami partymi.
Powiem szczerze, że tamten moment był chyba momentem mojego załamania - chciałam jak najszybciej dostać znieczulenie zewnątrzoponowe i nie czuć już tego okrutnego bólu.
W głowie mi wirowało, słyszałam głosy lekarzy, ale dziś już nie mam pojęcia, co mówili. 
Wkłucie w plecy i, jak Boga kocham, poczułam się tak szczęśliwa, że miałam ochotę całować cały personel po stopach. Trochę tak, jakbym była na haju :)
Cała akcja nabrała jeszcze szybszego tempa.

Kilka nieprzyjemnych szarpnięć i... KRZYK NEL!!!
Godzina 6.00.

Nikt mi jej nie pokazał, od razu ją zabrali, ale ciągle mogłam słyszeć jej głośny wrzask. Zaczęłam szlochać, płakać ze szczęścia, dumy, wzruszenia, podniecenia. Jeszcze nigdy nie zaznałam takiego uczucia, takiej radości idącej gdzieś z głębi mojego serca. Drżałam cała, byłam poruszona... Nie potrafię opisać tych wszystkich emocji, jakie mną wówczas targały.
Myśli, jakie wtedy pojawiały się w mojej głowie, dotyczyły praktycznie tylko Nel, ale pamiętam też, że trochę bredziłam i po wyjęciu ze mnie córeczki dotknęłam dłońmi części brzucha pod piersiami i - zdumiona - krzyknęłam do lekarzy radośnie: "O Boże, ja mam żebra!", na co oni wybuchnęli śmiechem :)
Lekarze mnie zszywali, a po chwili, która wydawała mi się wiecznością wnieśli Nel. Zamarłam. Była prześliczna, piękniejsza niż w moich wyobrażeniach, słodziutka... Przytulili mi ją do policzka, a ja poczułam cudowną miękkość jej maleńkiego ciałka. Coś niesamowitego... I tak, zalała mnie fala ogromnej miłości do tej maleńkiej, bezbronnej istotki...
To, co wtedy, a także potem i teraz najbardziej mnie boli to fakt, że musiałyśmy z Nelką przeżywać tę rozłąkę, kiedy to ja przez 24 godziny musiałam leżeć plackiem, a Nelka przebywała na oddziale noworodkowym.

Spytałam jeszcze położną o wymiary Nel. Zdziwił mnie fakt, że była tak duża. Położna wyjaśniła mi też, że nie byłabym w stanie urodzić jej naturalnie, bo Nelka po pierwsze zaparła się o spojenie łonowe, po drugie podczas zabiegu okazało się, że była przekręcona się twarzyczką do góry, a po trzecie była za duża. Położna dość sporych gabarytów powiedziała, że jestem drobna, i dla mnie urodzenie Nel o takich wymiarach byłoby jak dla niej urodzenie 6-kilogramowego dziecka.

Po zszyciu zostałam przerzucona na łóżko szpitalne i wywieziona z sali.  
Przyszedł do mnie M. Pierwsze co powiedział: "Widziałaś? Jest śliczna!". A ja odpowiedziałam: "Wiem, widziałam :)".
M. był przy mnie do godziny 9, podczas kiedy personel podłączał do mnie hektolitry kroplówek, ciągle obmacywał mi brzuch, zmieniał opatrunki, a ja miałam mega trzęsawkę z powodu ustępowania znieczulenia.
Jak bardzo było mi wtedy zimno, jak bardzo byłam szczęśliwa, że Nel jest calutka i zdrowa, jak bardzo byłam zawiedziona i rozczarowana sobą, bo przecież tak niesamowicie pragnęłam rodzić naturalnie i karmić piersią jeszcze na sali porodowej... 

A później zachciało mi się spać. Zmęczenie wzięło górę nad wszystkim, nawet nad bólem, który powoli zaczynałam czuć, pomimo ketanolu i innych środków przeciwbólowych.
M. poszedł, mógł odwiedzić mnie dopiero następnego dnia, a ja zaczęłam wylegiwanie się plackiem przez 24 godziny, bez możliwości podniesienia choćby głowy do góry, bez możliwości jedzenia, picia i obrotu na bok. Szczęście w nieszczęściu, że większość tego czasu mogłam przespać, że mam dość wysoki próg bólu i tylko cewnik i niemożność leżenia na boku były dla mnie w jakimś stopniu niedogodnością.

A w tych krótkich chwilach, kiedy nie spałam, wsłuchiwałam się w płacz niemowląt z oddziału obok i modliłam się, byle tylko nie był to płacz Nelci. 
I w duchu przepraszałam moją córeczkę, że nie mogę być teraz obok niej i przytulić jej do piersi... 
Serce mi pękało, chociaż jednocześnie było w siódmym niebie...

CDN






Te posty mogą Ci się spodobać:

46 komentarzy

  1. Ekspresowa dziewczyna z Nel :) Gratuluję ślicznej córeczki!!

    OdpowiedzUsuń
  2. wzruszający opis porodu!dzielna jesteś!
    ja tez miałam cc i po 2 godz Majka była ze mną więc jak widać co szpital to inna praktyka

    OdpowiedzUsuń
  3. Jest cudowna, a ja się popłakałam czytając Twój wpis ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja porodu nie wspominam dobrze.Chociaż z biegiem czasu zapomina się ten ból :)
    Kornelka śliczna !!!
    Jeszcze raz gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jednak CC....ech, nie przejmuj sie. Najważniejsze, ze Nel zdrowa.. Oto chodziło...amjak przyszła na swiat to nieistotne... Skoro była za duza, to lepiej, ze sie urodziła w ten właśnie sposob...
    Jest śliczna :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Przeurocza1
    Dużo zdrówka dla Was i sił dla mamusi.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Byłaś naprawdę bardzo dzielna. I masz przepiękna córeczkę. Gratuluję jeszcze raz :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Piękna :) gratuluje z całego serca :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podziwiam Cie, naprawde! Dla mnie najgorsza wizja porodu to właśnie przeżycie dwóch porodów na raz, masakra najpierw bóle parte a potem cesarka, byłaś mega dzielna. Dobrze że Kornelcia wynagrodzila Ci to wszystko. Cudownie jest mieć swój 9 miesięczny cud już ze sobą.

      Usuń
  9. Wzruszyłam się straszliwie !!!! Od razu przypomniał mi się mój poród .... wiem dokładnie przez co przechodziłaś... Ból cholerny ale.... w najpiękniejszej sprawie !!!

    Nela jest prześliczna. :):):)

    GRATULACJE !!!!!!!

    U nas za 8 dni skończone 3 miesiące.. :)
    właśnie uciekamy się kąpać :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Weronika, łzy stanęły mi w oczach podczas czytania. Jesteś taka dzielna!

    OdpowiedzUsuń
  11. Gratulacje!
    Nigdy jeszcze u Ciebie nie pisałam, ale postanowiłam, że zrobię to kiedy urodzi się Malutka:)
    Jeszcze raz gratuluję!!

    OdpowiedzUsuń
  12. Gratuluję! Cieszę się, że piszesz. Mam nadzieję, że masz się dużo lepiej:) U mnie poród, jak widzę, przebiegł bardzo podobnie - też zakończył się cc. Przybij piątkę, cesarzowa mamo:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Najważniejsze, że z Nelą wszystko dobrze, a jak przyszła na świat to nieistotne. Ważne, że teraz jesteście już we trójkę i możecie się sobą nacieszyć. Jeszcze raz gratuluję i czekam na kolejne odsłony z waszego świata. Macierzyństwo to fajna sprawa, sama się przekonasz:) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  14. pewnie że dobrze że cc- w dawnych czasach takie sytuacje kończyły się tragicznie! Gratulacje!
    a co szpital to inna praktyka- ja przy jednym cc miałam podobnie jak Ty, przy kolejnym dostałam dziecko do piersi tuż po zszyciu i mała przebywała ze mną cały czas. najwazniejsze że już jesteście razem!

    OdpowiedzUsuń
  15. Gratuluję Córeczki! Miałam dokładnie takie same odczucia porażki i zawiedzenia po CC. Moja rada: nie zadręczaj się!!

    Też miałam CC, po zszyciu przewiezli mnie na salę pooperacyjną i od razu mi Małą "rzucili" na pierś, jeszcze golutką tylko z pieluszką. Dopiero po 2 godzinach ją ubrali i znowu od razu dali i kazali się od razu ruszać, przekręcac na bok itd. Mogłam ją sobie wziąć do łóżka i tak spędziłyśmy pierwszą noc na sali pooperacyjnej...szkoda, że nie we wszystkich szpitalach tak jest. Ta rozłąka musiała być okropna.

    Pozdrawiam,

    Podczytująca od jakiegoś czasu M.

    OdpowiedzUsuń
  16. Jesteś super dzielną dziewczyną. A córeczka - prześliczna.
    I tak jak pisałam - niecierpliwie czekam na Twoje posty jako mamy, a nie ciężarówki :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Nie zawsze wszystko jest tak jak tego chcemy. Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło, a Nel jest zdrowa. I śliczna :)))
    Gratulacje dla Was! :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Śliczna! Najważniejsze, że zdrowa :)

    OdpowiedzUsuń
  19. gratuluje! i podziwam, że dalas rade. Tez mialam CC i po zeszyciu zjechalam na sale rodzinna (przez cale dnie i noce moglismy byc we 3 w jednym pokoju) a tam czekali na mnie moi mezczyzni:) mezus trzymajacy w objeciach synuska:) a wstalam po 9 godzinach wiec faktycznie co szpital to obyczaj... najwazniejsze, że juz jestescie razem! :) Mam nadzieje, że udalo sie karmienie piersia:)

    OdpowiedzUsuń
  20. :****
    maleńkie szczęście!!!:) cudo!

    OdpowiedzUsuń
  21. o wow, widze, ze nie obylo sie bez 'atrakcji'. najwazniejsze, ze malutka jest juz z Wami!

    OdpowiedzUsuń
  22. O rany.. rzczywiscie bylo dramatycznie. Ale dobrze ze sie wszytsko dobrze skonczylo:)
    Mala jest cudna:))

    OdpowiedzUsuń
  23. O rany.. rzczywiscie bylo dramatycznie. Ale dobrze ze sie wszystko dobrze skonczylo:)
    Mala jest cudna:))Gratuluje:))

    OdpowiedzUsuń
  24. Pięknie to napisałaś, jesteś WIELKA:)a córę masz Boską:) zdróweczka

    OdpowiedzUsuń
  25. Cudna jest!!!

    Ja na sali operacyjnej nie dostałam Ali ale jak tylko przewieźli mnie na salę pooperacyjną to położona przystawiła mi ja do piersi. U nas po cc leży się 12h i nawet wtedy Ala była ze mną a położona tylko przychodziła co jakiś czas i poprawiała mi mała i zmieniała pierś :-)

    Co szpital to obyczaj niestety

    OdpowiedzUsuń
  26. Dzielna kobieto! Dałaś radę doskonale! :)
    Dobrze, że lekarze podjęli decyzję o CC, w końcu to było najlepsze dla zdrowia Nel i Twojego :) Taka duża dziewczyna Ci w brzuchu urosła :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Niesamowite. Ale widzisz, morał z tego taki, że nie zawsze wszsytko można zaplanować :) Całe szczęście z Nel wszsytko dobrze! i to jest najważniejsze! :)

    OdpowiedzUsuń
  28. Gratulacje, dzielne kobiety jestescie :) Nel sliczniutka!

    OdpowiedzUsuń
  29. Piękny opis aż mnie ciarki przeszły na myśl o wspominaniach z moich porodów :-)
    Jeszcze raz gratuluję i witam w nowym etapie życia ;-D

    OdpowiedzUsuń
  30. Pięknie napisane!:* Caluje i pozdrawiam cudnego maluszka i mame!

    OdpowiedzUsuń
  31. Jesteś wielka! Pierwszy poród dopiero przede mną, ale nawet nie próbuję sobie tego wyobrażać! Mam nadzieję, na cesarkę, przyznaję.

    OdpowiedzUsuń
  32. Ehhh pamiętam ten niesamowity ból ale racje nie ma nic piekniejsze niz ten krzyk maluszka :* . DLa niego zniesiemy wszystko ;) . Cuuudowna kruszynka!! ;*

    OdpowiedzUsuń
  33. Gratuluje:) Bardzo ładne imię :)

    OdpowiedzUsuń
  34. ojejku, nie wiem czy to moje hormony ciążowe, czy co, ale wzruszyłam się do łez czytając Twoją historię porodową:)

    gratuluję córy!!

    OdpowiedzUsuń
  35. Gratuluję córeczki :) ja moje pociechy urodziłam siłami natury i pamiętam każdą chwilę porodu jak dziś ... mimo że minęło już 9 lat od narodzin Matiego i 3 miesiące od narodzin Nelki...pamiętam że niesamowitego powera dodała mi chwila gdy mogłam dotknąć pojawiającej się na zew główki synusia ;) potem jedno parcie i synus był w moich ramionach :) więcej trudu i wysiłku musiałam włożyć w poród corci ale gdy patrzę na naszą Nelkę,która śpi obok mnie łzy szczęścia i dumy napływaja do oczu ;)

    jeszcze raz gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
  36. Sliczne malenstwo, grauluje serdecznie i zycze duzo wytrwalosci ;)

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie ;)

    OdpowiedzUsuń
  37. Toś się Bidulko wymęczyła. Poród miałaś ciężki. Dobrze, że widok Maleństwa to wszystko wynagradza. A Córcię macie prześliczną :) Jeszcze raz gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
  38. Najważniejsze, że Nelcia jest już z Wami cała i zdrowa:)

    OdpowiedzUsuń
  39. Jest prześliczna.Mały cud!Gratuluję i życzę wszystkiego najlepszego w tej nowej najwspanialszej i najcięższej roli bycia mamą!

    OdpowiedzUsuń
  40. Najważniejsze, że obydwie jesteście zdrowe! Bardzo się cieszę i szczerze Gratuluję.
    W pewnym momencie troszkę się wzruszyłam czytając Twój post :)
    piękna Córeczka. Ja czekam na moją kruszynkę z zapartym tchem :)
    pozdrawiam i zapraszam do mnie:
    http://etat-mama-i-tata.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  41. Autentycznie zakręciła mi się łezka w oku :) Wszystkiego dobrego dla Was! Byłyście bardzo dzielne :)

    OdpowiedzUsuń
  42. a to ciekawe jak różne praktyki sa stosowane!!! ja miałam CC o 17:00 a o 6:00 rano następnego dnia juz na nogi stawałam i było to dla mnie jak wybawienie - nie dałabym rady leżeć dłużej, bo dostałam wcześniej podwójną dawkę oksytocyny i jak znieczulenie zaczęło ustępować - ból był niesamowity, nie zmrużyłam oka na minutę! dopiero po przeciwbólowych czopkach przespałam godzinę, a ketanol nic nie ulżył... ulg dopiero przyniosło wstanie na nogi i prysznic - czułam się jak nowo narodzona po tej strasznej nocce ;) córcia cudowna - szkoda, że tyle godzin cierpiałaś i ostatecznie było CC :/ ale wazne, że córcia zdrowa!!! :D

    OdpowiedzUsuń
  43. Rzeczywiście co szpital to różne praktyki. Urodziłam przez cc o 22.55, po godzinie miałam syna przystawionego do piersi, opiekowała się mną i nim położna w sali pooperacyjnej, o 13 już chodziłam i zajmowałam się sama synem, następnego dnia z rana przełożyli mnie do rooming-in, gdzie byłam z synem 24/ dobę :) wypuścili nas po 6 dniach, dzięki czemu byłam już sprawna w 100%!
    A moja koleżanka rodziła w prywatnej klinice, ale z nfz-etu i wyszła 2 dni po cc.
    Ale najważniejsze jest to pierwsze spotkanie! Ja tego również nie zapomnę :)
    Pozdrawiam słonecznie!

    OdpowiedzUsuń