Nasza milky way

czwartek, marca 28, 2013

Już w ciąży wiedziałam, że będę, że muszę karmić piersią. Bo to wygodne, najlepsze dla dziecka, bo więź, bo tanie... 
Chciałam tego jak cholera. 
Ułożyłam sobie w głowie obraz mnie i Nel wtulonej w moją pierś. 
Czytałam bardzo dużo o laktacji i starałam się wszystko dobrze przyswoić.
W takiej sytuacji chyba macie świadomość, jak wpłynęła na mnie wiadomość po CC, że na 24 godziny zabierają ode mnie Nelkę i jej pierwszym pokarmem nie będzie moja cenna siara, a jakiś syf z butelki.
Wówczas cała książkowa wiedza mi się ulotniła (a może to były tylko ciążowe hormony?), ale nagle pomyślałam, że to wszystko przecież znaczy, że nie będę mogła karmić, że mleko mi zaniknie, że Nel się przyzwyczai do butli itp.... Eh, ja durna - to jasne, że w ciągu jednej doby takie rzeczy nie mogły się stać :)


Kiedy wstałam po wspomnianej dobie, płakałam, że nikt nie przynosi mi Nelki na karmienie, że nie wiem gdzie jest i że musi pić mleko modyfikowane. Czemu nikt nie spytał mnie nawet, czy może nie chcę przystawić jej do piersi... (???)
Byłam sama, ledwo chodziłam i szalałam. Dopiero, gdy pojawił się M., kazałam mu iść i spytać, gdzie jest córeczka i czy mogę zabrać ją do siebie. Udało się. 
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po wycałowaniu jej słodziutkiej buźki, była oczywiście próba karmienia. Nelka ogarniała temat i bez problemu złapała sutek. Ssała. Jako niedoświadczona matka nie miałam wówczas pojęcia, czy naprawdę je. Ale przystawiałam z uporem maniaka. Przez cały dzień, całą noc, cały kolejny dzień. Było ciężko - sutki wklęsłe (już na sali porodowej położna na ich widok nie wróżyła mi powodzenia w karmieniu :/), ale dawaliśmy radę.

Niestety, panie pielęgniarki z oddziału noworodkowego uparły się na dokarmianie mm. Przychodziły po Nel za każdym razem, gdy nadchodziła pora podania butelki. Bardzo mnie to martwiło, smuciło. I złościło też. W końcu odważyłam się i poprosiłam o niedokarmianie. Jakież było ich oburzenie: "Jak to nie dokarmiać? Przecież pani jest po CC, więc nie ma mleka. Dziecko będzie głodne!". A ja czułam, że pokarm mam... 
Bezsilna i w niewiedzy, bo może w takiej sytuacji faktycznie nie będę w stanie wykarmić własnego dziecka, poszłam po radę do położnej, która stwierdziła, że pielęgniarki mają rację. Doradziła, żebym pozwalała karmić Nel butelką, a sama dokarmiała piersią. Nie rozumiałam - wydawało mi się, że powinno być odwrotnie: że to ja powinnam karmić piersią, a one powinny EWENTUALNIE dokarmiać mm, jeżeli zauważę, że Nelka jest nadal głodna...
W dodatku pani ordynator oddziału noworodkowego - pediatra - deklarowała - zanim jeszcze zaczęłam karmić - że u nich karmienie naturalne nie jest priorytetem, nikogo do tego nie zmuszają, a wiadomo, że zdarzają się też sytuacje, kiedy karmić nie można - tak, jakby moja sytuacja właśnie taką była. Nie zmuszać to jedno, ale nawet nie pytać, nie pomagać, nie wspierać, nie zachęcać, nie propagować?... Szkoda słów :/
Byłam zrozpaczona, nie chciałam patrzeć na to, jak w gruzach legnie perspektywa naturalnego i naprawdę zdrowego żywienia mojej córeczki. Nie miałam nikogo, kto mógłby mnie wesprzeć w tej kwestii. Zaczęłam robić to, co mówiła mi intuicja: przystawiać Nel do piersi jeszcze częściej i za każdym razem, kiedy pielęgniarki przychodziły na dokarmianie - zabraniać im tego. Chociaż i tak im nie ufałam i zawsze kiedy zabierały Kornelię na badania, stresowałam się, czy przy okazji nie dadzą jej mleka. Po badaniach dopytywałam, czy aby nikomu nie przyszło do głowy dokarmianie. 
Aż pewnego dnia pielęgniarka powiedziała mi - nie wiem czy to z uznaniem, czy z uczuciem zawodu - że Nel "chyba się u mnie najada, bo aż ulewa siarą"... Cóż... nie muszę chyba mówić, jak dodało mi to skrzydeł. Wtedy też laktacja ruszyła całą parą. Było to jakieś 4 dni po porodzie - pojawił się nawał. Prawdziwy nawał, trwający 2 tygodnie. Będąc już w domu, JAKOŚ sobie z nim radziłam, najciężej było opanować go w szpitalu, gdzie miałam ograniczoną możliwość ciągłego przebierania się i zmiany pościeli, podczas kiedy mleko samoistnie tryskało z piersi na wszystkie strony świata: wszystko było ciągle mokre - i ja, i łóżko, i Nel. Wkładki laktacyjne w żadnym wypadku nie dawały rady, były przemoczone po kilku minutach. A noce?... Spałam, a moje piersi 'hulaj dusza, piekła nie ma'. Nigdy nie wiedziałam, w jakim stanie się obudzę i co w moim otoczeniu będzie najbardziej tonęło w mleku... :D

Ale to i tak był lajcik w porównaniu do tego, co działo się w ciągu następnych dwóch tygodni. Piersi bolały masakrycznie, były twarde jak skały, robiły się zastoje. Ciągle walczyłam z laktatorem, masowałam piersi pod ciepłym prysznicem, piłam hektolitry wody, bo wciąż mnie "suszyło". Sutki też dodawały coś od siebie - na szczęście obyło się bez pęknięć i większych otarć. 
Myślałam, że ten stan już nigdy nie minie. Ale po ponad dwóch tygodniach od porodu wreszcie wszystko zaczynało się stabilizować. Poczułam się... lżej, no bo przecież już nie ciążyły mi na klatce dwa kilkukilogramowe baniaki :D
Wszystko byłoby w tej kwestii super, ale...
Pewnego dnia musiałam załatwić z M. parę spraw na mieście i zostawić Kornelię u mojej mamy. Przed wyjściem ściągnęłam do butelki pokarm z jednej piersi (tak na wszelki wypadek) i solidnie nakarmiłam Nelkę z drugiej. Pod koniec dnia ta druga pierś zaczęła mnie bardzo boleć. Do dziś dnia nie wiem, co jej było. Pozostawała miękka, nie wyczuwałam żadnych zgrubień, a bolała tak, że nie mogłam ruszać ręką. Mało tego, pod wieczór pojawiła się gorączka, która nie spadała nawet po paracetamolu. Całą noc pociłam się i trzęsłam na jak mysz. Drugi dzień był podobny. Walczyłam laktatorem, odciągałam ręcznie, masowałam, robiłam ciepłe kompresy, a w końcu umówiłam się do lekarza na dzień kolejny. Za radą mamy chwyciłam się jednak ostatniej deski ratunku: schłodzonych liści kapusty. Po jakichś 4 godzinach z tym smrodliwym warzywkiem w staniku przeszło jak ręką odjął :) Teraz kapusta jest moim must have w zamrażarce.

Obecnie moja laktacja jest na tyle stabilna, że przez cały czas piersi są miękkie i robią się twardsze tylko wówczas, kiedy przybiera w nich pokarm.
Gorzej z sutkami - ze względu na to, że Nel przestała jeść regularnie co 2,5-3 godziny, a zaczęła wisieć na cycu. Jeszcze nie pękają, ale otarcia są spore, także przystawiając Nel mam ochotę krzyczeć i płakać, chociaż ograniczam się jedynie do zaciskania zębów. A przed szpitalem wydawało mi się, że sutki już się zahartowały i mogę pożegnać maści i kremy...
Nadal też muszę nosić wkładki laktacyjne. I chyba jeszcze trochę czasu będą mi towarzyszyć :)

Mam nadzieję, że koniec naszej mlecznej drogi jest jeszcze daleko i że to Nel sama będzie miała możliwość z niej zrezygnować...

Te posty mogą Ci się spodobać:

44 komentarzy

  1. U mnie z sutkami sprawa wygląda podobnie, też mam wklęsłe.. zobaczmy jak to u nas będzie z karmieniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja miałam wklęsłe a teraz sterczą antenki ;p dziecko sobie poraaadzi ;D mi położne też mowiły że słabo będzie z karmieniem i co,prawie 14 miesięcy już...

      Usuń
    2. Brodawki wyciągają się same po kilku dniach pracy z laktatorem i karmienia, a problem mija bezpowrotnie :)

      Usuń
    3. A moje pozostały wklęsłe, a Nel nauczyła się współpracować z takimi, jakie są :) Radzi sobie, jednym słowem :)

      Usuń
    4. ja wyciągnęłam takim najprostszym laktatorem aptecznym lakta i sterczą już 7 msc :P

      Usuń
    5. moje po kilku miesiącach się wyciągnęły na stałe dopiero ;D

      Usuń
  2. Wszystko się ustabilizuje:)
    A wkładki laktacyjne ja używam do tej pory i noszenie ich stało się dla mnie tak normalne jak noszenie wkładek higienicznych

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to wręcz po zakończeniu karmienia przy córce to bez składek czułam się źle. Teraz już nie noszę, ale przy synku było łatwiej z laktacja i szybko się unormowało :)

      Usuń
  3. gratuluje wytrwałosci! jestem z Ciebie dumna ;D super!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. ależ jesteś niezmożona, brawo! świetnie sobie radzisz :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zazdroszczę.. Ja mam tak wklęsłe sutki, że Maks nie miał jak ich chwytać.. Nawet odciaganie laktatorem tak do końca ich nie wyciągnęło..A teraz niestety już pokarm mi się skończył przez to, że Maks nie był przystawiany tylko mleko było odciągane.. Jest mi tak przykro z tego powodu, że potrafię ryczeć pół dnia.. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. u mnie tak samo było ... i pokarmiłam 2 tygodnie... a raczej karmiłam pełną parą w szpitalu płacząc z bólu bo źle mała łapała moje wklęsłe sutki ... po wyjściu ze szpitala laktator + dokarmianie mm bo głodna była strasznie a ja nie umiałam jej nakarmić... po dwóch tygodniach jedziemy tylko na mm. Na szczęście mała jest pełna wigoru, zdrowa... żanego katarku, nic :) od urodzenia :):):) no i najważniejsze- najedzona..


      KOCHANA POWODZENIA W DALSZYM KARMIENIU !!

      Usuń
  6. chwała za twoją wiedzę i intuicję, naprawdę jesteś wielka i jesteś świetną mamą. starsze i wydawałoby się że dojrzalsze kobiety łątwiej rezygnują i dają sobie wmówić bzdury niekompetentnego personelu. jestem z Ciebie dumna, jesteś naprawde wielka :)

    ps. po etapie obolałych brodawek, wszelkie problemy miną i będziecie mogły się rozkoszować długim i przyjemnym karmieniem. ja smarowałam brodawki swoim mlekiem po każdym karmieniu i wietrzyłąm ile się da (np. spałam z nagim biustem), po 2 tygodniach boleści minęły bezpowrotnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpisuję się pod wszystkim co napisała tina - jesteś wielka!!!

      Usuń
    2. Masz rację Tina smarowania pokarmem i wietrzenie to najlepsze lekarstwo ;)

      Usuń
  7. Te położen w Waszym szpitalu to jakaś masakra! Od czego one tam są? Zamiast pomóc i pocieszyc to jeszcze dołują!
    Cieszę się, że tak Wam dobrze idzie z karmieniem. Ja karmiłam tylko 2 tygodnie, bo dostałam zapalenia piersi, które niestety skończyło się ropniem... Długo robiłam sobie wyrzuty, że co ze mnie za matka, że dziecka wykarmic nie umiem. Na szczęście mój Syn mimo, że karmiony MM jest okazem zdrowia :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Niki: Jestes naprawde dzielna,widac jak bardzo kochasz coreczke:)Takie problemy z piersiami ma wiele kobiet,ja tez na poczatku nie mialam latwo,teraz corcia ma 13 miesiecy i nadal pije mleczko z cycusia,przytula sie do niego,caluje,wacha-az sie serce raduje:)Na wklesle sutki sa specjalne nakladki silikonowe do karmienia.Ale jesli dzieciatko juz sie dossalo do cyca powinno byc ok:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Wiesz dziwne to podejście w szpitalu, u mnie wprawdzie do karmienia nie zmuszali, ale zachęcali i właśnie ewentualnie dokarmiali, a i tak trzeba było im pisemną zgodę na to dać, że się zgadzasz by mm podali dziecku. I to z kieliszka a nie butelki, żeby się nie przyzwyczaiło czy nawyków złych nie wyrobiło. A wkładki - u mnie szły bardzo szybko, dlatego teraz z wielorazowymi kombinuję i na razie jestem bardzo zadowolona, ale wiadomo prawdziwy sprawdzian będzie dopiero po porodzie. A ten ból piersi - miałam podobnie, jak mnie raz przewiało odrobinę. Pozdrawiam i powodzenia, jak ja się nie mogę doczekać swojego synka już, ale tak jeszcze z dwa tygodnie podrośnie, dojrzeje.

    OdpowiedzUsuń
  10. Kochana gratuluję wytrwałości. Jesteś wspaniałą mamą i walczysz o swoje. Tak 3mać. Co do skutków to ja miałam zmasakrowane, ale własne mleko pomogło. Ominął mnie nawał, raz miałam tylko zapalenie co i tak nie zniechęciło mnie do karmienia. Całe szczęście wkladek nie muszę nosić chociaż piersi mam bardzo duże (z natury).Karmcie się jak najdłużej, a ja 3mam za was kciuki.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  11. U nas był nacisk na karmienie piersią za wszelką cenę. Ja nie miałam problemu, bo nawał miałam już na drugi dzień, ale współczułam dziewczynom bez pokarmu. Na początku jak wkładki nie nadążały, to w domu nosiłam pieluchę tetrową. Tak nie przeciekała i w nocy dawała się wyspać :)

    OdpowiedzUsuń
  12. dziwne zwyczaje, ja Wita dostałam po godzinie od CC i od razu mogłam karmić, położna przez calutką noc co godzinę przekładała W od jednej piersi do drugiej żeby mogł ssac, mimo że na początku szło nam bardzo źle, nadal cycka doi

    OdpowiedzUsuń
  13. Cieszę się, że na Twoje wyszło! I ja walczyłam, warto było! Trzymam kciuki za dalszą drogę:)

    OdpowiedzUsuń
  14. Syf z butelki?Masz słabe pojęcie o mm.To smutne:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie syf, bo inaczej czemu nazywa sie sztuczne? Co matka wyprodukuje to jest najlepsze dla dziecka. Mleko matki to żywa tkanka, dostosowana do potrzeb indywidualnych każdego dziecka wiec czyni je to wyjątkowym a nie jak mm robione jest taśmowo dla wszystkich dzieciaków...

      Usuń
  15. Kiedyś była moda na karmienie butelką, teraz moda na karmienie naturalne czyli cyckiem i każdy o tym trąbi, że trzeba, bo to najlepsze itp.....
    Mody mają to do siebie, że się zmieniają i dobrze, bo mi osobiście nie pasi widok mateczek wszędzie wywalających cyca, bo one "muszą nakarmić". Tylko nie wiedzą, że nie każdy CHCE na to patrzeć.

    K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wątpię, by karmienie piersią było modą, ale jak kto tam uważa. A co było w czasach, kiedy nie istniało jeszcze mm? Żyjąc w tamtych czasach chyba byś się pocięła, co?
      Ja nie wywalam cyca wszędzie, a nawet gdyby to nie dlatego, że tak mi się podoba, a kamufluję to musem karmienia, tylko jest to naprawdę mus, jeżeli chce się, by własne dziecko nie było głodne.
      Przykro, że istnieją takie osobniki, jak Ty, ale cóż, każdy ma własne zdanie i to nie jest powód, by obrażać matki Karmiące piersią.
      Czytałam już miliony dyskusji na ten temat pod różnymi postami i wybacz, ale ten wpis ma być pamiątką dla mojego dziecka, a nie polem do przepychanek, więc nie odpisuj już i zachowaj swoje uwagi dla siebie, bo i tak tego nie opublikuję.
      Aha, i jestem mamą, a nie "mateczką" !!!

      Usuń
    2. Wspólczuję podejścia.... karmienie to normalna sprawa... tak mówią ludzie, którzy chyba nie mają dzieci ... ostatnio spierałam się z takim gostkiem co to wmawiał mi, że karmienie np w kawiarni jest obrzydlistwem .... a przepraszam co matka ma zrobić? wyjść z dzieckiem? gdzie? to taki lokal gdzie nie ma łazienki (no dziwne dziwne, też nad tym ubolewam) ale przecież nie wywala się cyca na wierzch... mamusie zazwyczaj przykrywają pierś pieluszką tetrową.
      Ah... zdenerwowałam się :) Weronika nie przejmuj sie;]

      Usuń
  16. Brawo! Ależ jestem z Ciebie dumna! Mam Cię ochotę wyściskać hihi :)) Dzielna kobieto jesteś wspaniałą mamą, cieszę się ogromnie, że Wam się udało :))

    OdpowiedzUsuń
  17. Ty nasza kochana bohaterko, jesteś cudowna i nie daj sobie tego uczucia przez nikogo zabrać :) Weroniko jesteś wspaniałą mamą.
    Na temat karmienia mogę tylko przytoczyć przykład z życia mojej przyjaciółki.
    Pierwsze dzieciątko, ogromne , bolące piersi, brak oddania pokarmu, płacz dziecka, prośba o pomoc, pielęgniarka dyżurna wyższej rangi z krzykiem, że nawet krowa potrafi a ona nie, płacz, inne kobiety na sali zacichły, nikt nie odważył się pomóc,każda kolejna próba kończyła się bólem, płaczem i dalszym staraniem nakarmienia, potem wizyta ordynatora i jego stwierdzenie, że dzidziuś głodny, pretensja do mojej przyjaciółki, ona w płacz, a wtedy kobietki opowiedziały co i jak. Pielęgniarka na dywan. Nie straciła pracy, dzieciątko dokarmione, a mąż mojej przyjaciołach przyszedł z pomysłem od kogoś doświadczonego. Co zrobił? Delikatnie ściągał ustami mleko z bolących piersi. Po kilku próbach - udało się. Potem już było tylko lepiej.


    przytulam delikatnie :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Zaskoczyłaś mnie tymi opiniami położnych ;-0 u mnie było na odwrót.

    OdpowiedzUsuń
  19. mi o cc od razu dali Fabianka, więc co szpital to inaczej. Niestety karmienie trwało tylko 2 tyg. :( Super ze u was tak dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
  20. A widzisz ja w ciązy miałam troche inne nastawienie a teraz mi sie odmieniło co do karmienia piersią. Ale teraz wiem że chce karmic i to jak najdłużej!:) Bo jak na razie tfu tfu idzie nam to wspaniale:)

    OdpowiedzUsuń
  21. Brawo, piękny wpis jestem pod wrażeniem!Pozdrawiam serdecznie i życzę długiego sukcesu mlecznego

    OdpowiedzUsuń
  22. Miałam bardzo podobnie z synkiem...nastawiłam się na karmienie piersią a tu bach po cc dziecko mi zabrali, a w biuście pusto. Nie jadł przez dwa dni i został dokramiony mm chociaż intuincja matczyna mówiła,że on nie jest głodny bo tak się najadł będąc jeszcze w brzuszku:) Miałam rację...a po dwóch dniach u mnie pojaiwło się całe mnóstwo melka więc na szczęście udało się i karmiliśmy się długo:))
    ZA drugim razem wybrałam inny szpital właśnie ze względu m.in na fakt karmienie i podejścia do rozłąki mam-dziecko po cc...córę dostałam jeszcze na sali operacyjnej żeby miećkontakt ciało do ciała, a po 30 minutach został mi przyniesiona na salę pooperacyjną i już się karmiłyśmy...wspaniałe podejście persolne sprawiło, że młoda nie wie co to mm:))

    OdpowiedzUsuń
  23. bardzo źle cie potraktowali w szpitalu, dałabym im tam popalić na twoim miejscu ;) ale rozumiem ze najwazniejsze bylo i jest malenstwo i nie myslalas o tym:) pozdrawiamy i zyczymy wesołych swiat :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Z dużą złością w sobie czytałam Twoje zmagania z położnymi. Co za kobiety! przeciez szpital powienien stawiać przede wszytskim na karmienie naturalne a przy ew. problemach dokarmiać. Miałaś tyle w sobie siły i chęci a one i tak swoje... bardzo mi przykro. Mam nadzieję że jest już coraz mniej takich miejsc a świadomość przyszłych mam ogromna.
    Ja za 6 tygodni spodziewam się córeczki i jestem pod opieką szpitala w którym propaguje się naturalny poród (o ile to możliwe) i karmienie piersią. Motywują nas i zachęcają:) ściskam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  25. Wreszcie ktoś, kto tak bardzo chciał karmić. Kapustę też stosowałam. Ot cycola łatwo przeziębić, a potem robią się kamienie, gorączka i przeraźliwy ból. Karmiłam syna 21 miesięcy, teraz za 4 tygodnie mam termin porodu - drugi synek. Pierwszy syn ma dziś 15 lat i jest okazem zdrowia. Mam nadzieję, że teraz znów będę karmić.

    Gratuluję szczerze zaparcia.

    OdpowiedzUsuń
  26. ja karmiłam piersią 2 lata, również po cc z tym że lena nie potrafiła ssać i początki były bardzo trudne bo ja nie miałam mleka więc mała dostała butelkę z której mleczko wypływało samo a pierś trzeba intensywnie ssać. koszmar dla mnie i dla leny bo nauczyć ssać noworodka nie jest łatwo szczególnie po naciętym kroczu i brzuchu (12 h poród sn potem cc) ale trafiłam na cudowną położną która przychodziła do mnie na każde karmienie i pomagała przystawić małą oraz uczyła mnie jak mam masować podniebienie i język aby pobudzić odruch ssania. dlugiej drogi mlecznej Wam życzę :)

    luizalukaszimalenstwo.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  27. Hmmm...a mnie się wydawało, że całej służbie szpitala zależy na tym, żeby matka karmiła piersią. Zaskoczyłaś mnie :) Dobrze, że postąpiłaś tak, jak Ci mówiła "matczyna intuicja".
    Mogę dodać Cię do linków? Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  28. hmm to widzę, że ja jako matka karmiąca w szpitalu miałam o niebo lepiej ;)ja miałam cc planowane (niewspółmierność stwierdzona parę dni przed porodem) zaraz po wyciągnięciu synka pokazali mi go i zabrali do sali obok gdzie mój mąż dostał go na ręce, po tym jak mnie już zszyli to zawieźli mnie do synka gdzie mogłam przystawić dziecko do piersi (ale niestety tylko 15 minut mogłam być z dzieckiem). Klasycznie 24h po mogłam wstać i pójść do dyżurki po dziecko i od tej pory przez pozostałe 3 doby był ze mną cały czas, nikt dziecka nie dokarmiał, a jeśli było takie zalecenie to dzieci były karmione specjalnym kieliszkiem a nie butelką. Karmiłam dziecko wierząc, że na pewno coś tam jest (dla porównania sąsiadka też po cc chodziła prosić o dokarmienie bo ona ma napewno mało pokarmu ;P ) i nikt nie podważał mi tej wiary, oczywiście na porady jakiekolwiek też liczyć nie mogłam. Mały od 2 doby zaczął przybierać, tyle że miał problem dobrze się dossać przez płaskie sutki (teraz wiem, że mogłam mu to ułatwić chwytając odpowiednio pierś) więc karmiłam przez nakładki ;) nawał mmiałam dość szybko bo już w 3 dobie, ale jakoś odciąganie laktatorem sprawnie mi poszło, otarć ani ran też nie miałam, bo karmiłam do 4 miesiąca przez nakładki (młody nie chciał bez). Dla mnie karmienie piersią to super sprawa, a natura była dla mnie łaskawa oszczędzając mi większości problemów typu krew czy zastoje ;) karmimy się z maluchem już 8,5 miesiąca i nie planujemy przestawać :)

    OdpowiedzUsuń
  29. gratuluję uporu i efektów!!! super!!! ja też jestem po CC, pokarmu nie miałam, a do tego nasz Okruszek nie wykazywał zainteresowania jedzeniem :/ sutki wklęsłe - przez kilka dni (przez problemy z karmieniem zostaliśmy dłużej w szpitalu) położne sterczały nad nami i pomagały przystawiać, ale się nie udało :((( przez pół roku pokarm odciągałam lakatatorem i podawałam butelką, a więź budowałam na różne inne sposoby ;)
    dziwię się, że już w pierwszej dobie Twoja córcia dostała mm... ja nie pozwoliłam dokarmiać na co usłyszałam "że bez zgody lekarza one nie podają"... no i przez pierwszą dobę, mimo mojego zdenerwowania położne uspokajały, że maluszek nie chce ssać, bo ma jeszcze zapasy z brzuszka i może nie być głodny - więc nie wiem po co od razu dokarmianie mm w 1 dobie :/ o naszych perypetiach wolałabym zapomnieć, ale się chyba nie da ;) a cieszę się, że Wam się udało :)
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  30. Jak leżałam w szpitalu na sali 8-sobowej, bo było przeładowanie, to były kobiety po cc i od razu dawali im dzieci.

    OdpowiedzUsuń
  31. Ja też miałam cc i przez pierwszą dobę faktycznie karmiły położne, bo ja miałam zakaz poruszania się. Ale jak tylko mogłam wstać, same przynosiły mi małą do karmienia i zabierały butlę. Kurde co szpital to co innego:))) Dobrze, że wytrwałaś w swoich przekonaniach, bo czasami słuchając innych można sobie pogorszyć sprawę.

    OdpowiedzUsuń
  32. Cudowne podejście do karmienia piersią. Rozumiem Cię całkowicie, jakbym siebie czytala! też miałam podobne przejścia, też nie chciałam dla Synka syfu z butelki. Dziękuję Ci gorąco za ten post!!! Cieszę się, że są takie Matki jak Ty. A zdjęcie Twoje z córeczką przy piersi- CUDOWNE i wzruszające.
    pozdrawiam gorąco.

    www.megi8.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń