Kryzys

piątek, maja 30, 2014

Wiesz, jak to jest, kiedy rodzi się dziecko? Cały świat na głowie staje. 
Nie zaprzeczaj, że nie zmieniło się nic - w Tobie, w Nim, pomiędzy Wami. Nie mów mi, że tego
w żaden sposób nie odczuliście. 
Zacznę więc jeszcze raz. 
Kiedy rodzi się dziecko cały świat staje na głowie. 
I bywa tak, że nagle nie wiesz, z kim mieszkasz pod jednym dachem. I nagle nie jesteś pewna, czy masz jeszcze na kogo liczyć.



Patrzyła na Niego, jakby był całkiem obcym Jej człowiekiem. 
Nie Jej mężem. Nie ojcem Jej Dziecka. 

Był po prostu Nieznajomym.

Sześć lat. 
Sześć lat była z kimś zupełnie innym niż Ten, który w tej chwili stoi naprzeciw Niej i patrzy na Nią takim wzrokiem, jakby była Mu równie obca.

Przyglądała Mu się uważnie i myślała.

Przecież chciał być ojcem. 
Oboje tak bardzo chcieli być rodzicami.
Mieli wspólne wizje, poglądy. Na wychowanie. Na to jak kochać małego człowieka. Na to jak postępować w określonych sytuacjach. Na pierwszym miejscu miały być dobro, miłość i szacunek.

Miała lukrowane macierzyństwo przez 3 pierwsze miesiące po porodzie. Pomagał, wstawał w nocy, przewijał, był oparciem, wsparciem i czym tam jeszcze. 
Zakochała się w Jego kolejnym obliczu. W Nim jako ojcu. Jej wdzięczność dla Niego sięgała niebios, a podejrzewam, że nawet trochę wyżej.

Im dziecko stawało się starsze, tym Jego było mniej.
Podejrzewała, że zgubił się tam, gdzie kończy się opieka, a zaczyna wychowanie.

I samotne dla Niej dni i noce nastały. Samotne zakupy z dzieckiem. Samotne wizyty u swoich lekarzy... z dzieckiem. Samotne wypady do rodziny z dzieckiem. Samotne posiłki, a potem ich brak... 
Bo On uciekał. Bo praca. Bo Jego pasje. Bo Jego rozwój. Bo nie ma czasu i ochoty, a to z kolei ma jakieś bariery, opory; bo jest Mu ciężko, bo odnaleźć się nie może, bo muchy w nosie. 
Takie tam. Gadanie.
Rozumiała pracę. Reszta to były jedynie wymówki. 
On zwyczajnie nie może stanąć na wysokości zadania. I boi się, tchórz cholerny!

Ona musiała dorosnąć w pięć minut, życie oblało ją kubłem zimnej wody. A On? On też oblał... ten życiowy egzamin.

Myślała, myślała, myślała. Stanowczo za dużo to robiła.
Jak sama ma poukładać ten domowy rozgardiasz? Co zrobić z chaosem w głowie? Jak nie zwariować, kiedy ściany zaczynają być jedynymi towarzyszkami wieczornych rozmów?

On.
Wymądrzał się, że źle postępuje, że rozpieszcza, że tak nauczyła. 
A na prośbę o pomoc rzucił, że Ona lepiej zajmie się Dzieckiem... bo Ona ma łatwiej! 
Taki mądry! 
I czego Ona w ogóle od Niego chce?
A na ostatek dodał Jej jeszcze, że On nie był na to wszystko gotów...! [policzek]

Ona.
Nie wie, co myślał, jak planował - może że rodzicielstwo jest, jak to się dzisiaj zwykło mawiać, słodko-pierdzące. Wie za to coś innego: nie dojrzał. Jeszcze.

I myśli, jak bardzo czasem go nienawidzi. Ale czy wie na pewno, co to nienawiść? Przecież jednocześnie tak bardzo kocha. To nie nienawiść. To mieszanka zawodu, rozczarowania, poczucia bezsilności, zmęczenia, samotności emocjonalnej permanentnej.

I chociaż wiedziała, że po narodzinach dziecka taki kryzys może pojawić się w związku, to przecież tylko teorie, prawda? [Nas to nie będzie dotyczyć]

Nie, ona nie zwariowała na punkcie Dziecka. Nie odrzuciła Męża. Chciała pielęgnować związek. Starała się. Z uśmiechem na ustach piekła Mu ulubioną szarlotkę. Bo będzie zadowolony. Z dumą patrzyła na Jego nowe spodenki do biegania - wywabiła z nich przecież tą plamę, która tak bardzo Go zmartwiła. Będzie zadowolony. Może nawet powie, że to fajnie, że Ją ma. 

Myśli, myśli. 
Może to tutaj pies jest pogrzebany - że za bardzo się poświęciła; że przestała dawać dla samej przyjemności dawania, a zaczęła robić cokolwiek, by chociaż bąknął, że jest wyjątkowa. Może tak bardzo chciała mu udowodnić, że zasłużyła na Jego miłość, że jest super boginią ogniska domowego (o co nigdy nie posądziłaby Ją własna matka), że zaczęła we wszystkim Go wyręczać, aż On nabrał przekonania, że nic nie musi, bo wystarczy, że czasem Ją pochwali, a Ona będzie głupio zadowolona. 
Nie! Teraz wcale nie była zadowolona.

Patrzyła na Niego, jakby był całkiem obcym Jej człowiekiem.
Stańże się wreszcie prawdziwym facetem, chłopczyku! Czas i pora. Na tym świecie są co najmniej dwie osoby, dla których to Ty jesteś całym światem. Oparciem, ostoją. One liczą na Ciebie! - Jej myśli krzyczały.
A z ust wydobył się jedynie cichutki szept:
- Kocham Cię. Obiecaj mi, że wszystko będzie dobrze. Ja pomogę Tobie, a Ty pomóż mi. Może uda się Nam to wszystko naprawić. Musimy na nowo nauczyć się ze sobą funkcjonować. Wyjdziemy z tego bez szwanku. Wyjdziemy z tego silniejsi. Tak?
- Mhmmm. - przytaknął On.
...


zdjęcie STĄD

Te posty mogą Ci się spodobać:

5 komentarzy

  1. ze smutkiem czytałam ten wpis. mam nadzieję, że Wam się uda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lili, ten post nie dotyczy mnie i mojego związku... Ale w wielu związkach pojawiają się takie problemy...

      Usuń
  2. Mocne. Az mi sie lezka zakręcila.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jejku! Weronika! Ja właśnie teraz coś takiego przeżywam. No i ryczę głupia przed tym monitorem bo te słowa mam ochotę komuś właśnie wykrzyczeć, żeby było mi lżej w końcu!

    OdpowiedzUsuń
  4. no właśnie... mało się mówi o tym młodym matkom... mi też nie powiedzieli- stąd pierwszy rozwód, stany depresyjne. z drugim mężem byłam mądrzejsza o kryzysy, kłótnie, zmęczenie...
    od tamtej pory mówię wszystkim, no wszystkim, że nie ma tak różowo, sorry ale dzieci zabierają nam wszystko, tak! zabierają! na szczęście dają więcej więc bilans i tak wychodzi na plus :))
    w sumie nawet o tym ostatnio pisałam u siebie... tyle, że w o wiele weselszej wersji :)

    OdpowiedzUsuń