Matka (prawie) idealna

poniedziałek, czerwca 09, 2014

Trzasnęła drzwiami, za którymi rozegrał się cały ten chaos. Została sama. Tylko ona i jej furia. 
Podniosła z podłogi dwa dziecięce klocki i z impetem cisnęła nimi o ścianę. Pochyliła się raz jeszcze po pluszowego misia - jemu także się oberwało. 
Nie wiedząc, co ze sobą zrobić, podczas kiedy wewnątrz niej wszystko płonęło, dała krok do tyłu. 
I wówczas ujrzała swoje odbicie w lustrze: czerwoną ze złości twarz, wykrzywioną w jakimś dziwnym grymasie, załzawione oczy, a w nich... strach i, najgorsze, bezsilność! Zobaczyła... POTWORA, a nie matkę! Przeraził ją ten widok.
Zacisnęła pięści, wbijając paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni. Przez myśl przebiegło jej milion myśli. Dusza krzyczała. 
Rzuciła się na łóżko i rozpłakała jak dziecko. A płacz ten był pełen bólu i żałości. Nie wie, ile to trwało, ale w końcu do jej uszu i świadomości zaczęły dobiegać głosy otoczenia. Równie żałosny płacz synka, jego walenie rączkami w drzwi i bezsilne już nawoływanie "Mamusiuuu..."
Ocknęła się. 
"Co ja wyprawiam? Moje dziecko mnie potrzebuje... Kim dla niego jestem? Czemu tak postępuję?" 
Wyrzuty sumienia po raz kolejny napełniły oczy słoną cieczą. Ale synek nadal wołał... Musiała się otrząsnąć. Otarła dłonią mokrą twarz i otworzyła drzwi. Wzięła maleństwo w ramiona, przytuliła mocno do siebie i... tak, rozpłakała się. Z drżeniem w głosie jęła przepraszać i obiecywać, że już nigdy nie krzyknie, że już nigdy nie zniknie z jego pola widzenia.


Zawsze była perfekcjonistką. Najlepszą uczennicą, pracownicą. Idealną córką, żoną, koleżanką. Wszystko, co robiła, musiała robić na sto procent. Musiała mieć najlepsze wyniki. Nienaganny strój, makijaż, figurę i upięte włosy. Ciągle walczyła o miano super zorganizowanej. Dobrze zarabiała. Miała pięknie urządzony, zawsze czysty dom. Zadbany ogród. Obiad na czas. Ciuchy uprane, uprasowane i poskładane w kosteczkę. 
Udowadniała wszystkim (a głównie swoim rodzicom), że jest wszędzie tam, gdzie to widać. 

Ale jej związki z ludźmi i z samą sobą chyliły się ku upadkowi.
Nigdy nie pozwoliła sobie na utratę kontroli. Ciągle czuwała. Nie potrafiła oddać się w całości drugiemu człowiekowi.

Zaszła w ciążę, bo chciała mieć rodzinę. Móc kogoś kochać i by ktoś bez reszty kochał ją. Sądziła, że to w życiu najważniejsze. A kiedy pojawił się ten maleńki KTOŚ, przepadła. Płakała ze szczęścia. Rozczulały ją stópki, rączki, nosek...

Jednak dziecko rosło, w końcu trzeba było zacząć je wychowywać. Wydawało jej się to awykonalnym lub przynajmniej arcytrudnym w jej wydaniu zadaniem. Nie chciała popełniać tych błędów rodzicielskich, które popełniali rodzice w stosunku do niej. Tak bardzo skupiała się na swoim zachowaniu wobec dziecka, że całe to macierzyństwo zaczęło ja przerastać i męczyć. 

Nie potrafiła odnaleźć się w bałaganie, jaki generował syn. Denerwowało ją, kiedy jęczał i nie wiedziała, o co mu chodzi. Często czuła się zbyt bezsilna i niekompetentna, by nazywać się matką.

I wtedy na nowo zaczęła odzywać się jej neurotyczna natura. Zmienne nastroje uzależniały przebieg dnia. Albo płakała, godzinami leżąc na kanapie, użalając się nad swoim losem i zaspokajając jedynie podstawowe potrzeby dziecka, albo złościła się nieustannie na błahostki i krzyczała na każdym kroku. A potem znów przez kilka dni płakała - tym razem z poczucia winy. Wówczas myślała także o tym, jakie jej życie jest puste - że prócz kucharzenia, sprzątania i dziecka nie spełnia się, nie ma hobby, nie robi nic dla siebie, a jej marzenia już dawno obróciły się w nierealny pył. 
Oczywiście, bywały także dni, kiedy była szczęśliwa jak nigdy, z łzami wzruszenia dziękowała pod nosem za kochane dziecko i cudownego męża i doceniała, jak piękne życie prowadzi. Czuła w sobie siłę i moc. I wiarę, że może osiągnąć wszystko. Te dni następowały najczęściej po całkowitym znużeniu permanentnym pesymizmem. 
A potem? Potem koło się zamykało. Znów kanapa, telewizor i poczucie całkowitego bezsensu.

Myślisz, że otoczenie o tym wiedziało? Skądże! Na zewnątrz ciągle utrzymywała pozory idealności. 
Chociaż sama była świadoma, że nie tak powinno być: że to nienormalne, by bardziej dbać o czysty dom niż o prawdziwe emocje i relacje. Ale przecież to dużo prostsze niż rozmawiać czy analizować uczucia - w chwili stresu wziąć do ręki szczotkę i pozamiatać porządnie mieszkanie. Sama siebie oszukiwała, ale jej naprawdę wydawało się, że chaos w jej duszy zmniejszy się choć odrobinę, gdy posprząta otoczenie. Zawsze to lepsze niż najeść się i zwymiotować, prawda? Nie, teraz już tego nie robi, przecież we własnych oczach przestałaby wówczas być nienaganna.

W całym tym opisie matki (prawie) idealnej może nie upatrzyłbyś się tyle złego, gdyby nie napady furii, które przecież uderzały i raniły drugiego człowieka, chociaż starała się z nimi chować.
Ale, zrozum, jej nigdy nikt nie pokazał, jak radzić sobie z emocjami. Zawsze musiała być posłuszna grzeczna i cicha. Nikt nie powiedział, że rodzicielstwo wymaga tyle cierpliwości. Nikt nie wspomniał, co zrobić w bezsilności. Dlatego ona w bezsilności... ucieka. Jak małe dziecko, które chowa się pod stół przed laniem.

Nie, nie usprawiedliwiam jej. Wiem jedynie, że potrzebuje pomocy. Wiem też, że walczy ze sobą, że dużo czyta, że próbuje zrozumieć siebie. Że chce być bardziej elastyczna, że stara się nie kontrolować i pozwala synowi ubrudzić rączki podczas jedzenia.
I chociaż to najtrudniejsze, walczy o to, by polubić siebie i wybaczać sobie błędy. Choć wewnętrzne rozgrzeszenie przychodzi czasem po bardzo długim czasie, nie poddaje się. Zaczyna od nowa.
I wiesz co? W momencie, kiedy po raz kolejny sobie odpuszcza, wybacza i luzuje wydaje jej się, że wskakuje na wyższy poziom. Swojego samorozwoju. I to tak cholernie ją uskrzydla...

W końcu jest się dla kogo starać.
Bo nic tak nie napędza do bycia coraz lepszym dorosłym człowiekiem jak maleńki dobry człowiek.


Zdjęcie STĄD

Te posty mogą Ci się spodobać:

9 komentarzy

  1. Czy teraz wpisy to będą opowiadania? A nic o Was?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pewnym sensie, niektóre fakty są o nas.
      Nie dogodzę wszystkim, niektórzy nie lubili czytać streszczeń naszej codzienności. Póki co piszę to, co mi dyktuje moje wnętrze i zgodnie z tym, jakie mam przemyślenia i spostrzeżenia. Nie chcę być kolejnym blogiem, który opisuje tylko i wyłącznie spotkania blogerek, wyjazdy i wszelako pojętą rozrywkę z dzieckiem czy też bez niego. W sieci pełno jest takich blogów.
      Nie zaprzeczam, że czasem wspomnę, co u nas, ale przyznam, że wydaje mi się, że mało kogo prócz mnie obchodzi wyżynająca się trójka Nel czy jej uczulenie na cukinię. Takie rzeczy wolę zatrzymać dla siebie.

      Usuń
    2. Nie zrozum mnie źle, bo to oczywiście Twój blog i Ty decydujesz o czym jest, ale czuję się lekko pominięta i pewnie nie tylko ja, bo czytam Was praktycznie od początku, kiedy byłaś w ciąży i lubiłam czytać o WAS, mimo młodego wieku jesteś nad wyraz rozsądna i dojrzała i lubiłam te posty młodej mamy i uwierz nawet wychodzący ząbek Nel to dla stałego czytelnika ciekawa wiadomość.
      Smutno było, jak zniknełaś, nawet do Ciebie pisałam z tego powodu, teraz jesteś, a tak jakby Cię nie było. Chciałabym czytać co u Nel, bo jest rówieśniczką mojego synka, choć o kilka miesięcy starszą, więc te kamienie milowe, które są przed nami Wy już pokonałyście i bardzo mnie interesuje ząbek, kupka czy upaćkana buźka. /
      Trochę wiary w siebie:) a patrząc na poniższe komentarze widzę, że nie tylko ja mam takie odczucia, że wtedy było fajniej. Ja np nie czytam do końca tych opowiadań, bo nie lubię fikcji mimo iż przeplatanej prawdą, ale post o Was pochłonełabym w całości.
      Chociaż oczywiście rób jak uważasz za stosowne.

      Usuń
  2. Szkoda, że nie piszesz tak jak wcześniej. Ja jakoś bardziej wolę czytać jakieś notki o codzienności niż takie opowiadania. pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. hm... szkoda szkoda, ja najbardziej lubiłam Waszą codzienność... ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja bardzo lubię te Twoje opowieści.
    To przecież Twoje miejsce więc zupełnie zrozumiałe jest to że piszesz tu to co Tobie odpowiada, a jak się komuś nie podoba co i jak piszesz to czytać tego przecież nie musi.

    OdpowiedzUsuń
  5. Znowu mocny tekst. Pisz dalej, jest ciekawie. Za kazdym razem zastanawiam sie ile w tym Twoich uczuc a ile fikcji.
    Problem wazny i mysle, ze wielu matek dotyczy. Sama mam czesto wyrzuty sumienia, ze poniosa mnie nerwy albo sie rozplacze przy dziecku, nie chce zeby widzial mnie w tym stanie, chce zeby byl zawsze szczesliwy. Ale ja wywlekam zawsze swoje uczucia na wierzch i kazdy wie jak cos u mnie jest nie tak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli chodzi o ten tekst to tylko pierwsza jego część (przed zdjęciem) jest fikcją. Reszta to cała ja...
      Też jest mi ciężko, jak moje dziecko czasem patrzy na moje emocje...

      Usuń