Na walizkach

czwartek, czerwca 12, 2014


Tworzycie rodzinę. Ty, on, dzieci. 
Mieszkacie. Trochę tu, trochę tam. A to wynajem, a to kątem u rodziców, a to znów wynajem. 
Błąkacie się z miejsca w miejsce. Brak wam perspektyw na coś swojego. Nade wszystko brak wam poczucia bezpieczeństwa. 

Co zapewnicie dzieciom? Czego je nauczycie? Że nic na stałe? 
A może boicie się, że potomstwo dorośnie i powie: "byliście nieudacznikami, jakbyście pracowali, to byście mieli"? I jak im wytłumaczycie, że wypruwaliście sobie żyły, żeby niczego nigdy im nie brakło? A że brakowało na lokatę w banku... 

Tak mnie naszło w związku z tym, że w najbliższym czasie znów się przeprowadzamy. Czwarty już raz w przeciągu trzech lat małżeństwa. 
I może nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie moja sentymentalna natura. Bo ja chyba pokochałam to mieszkanie. Chociaż nie moja własność. Chociaż zarzekałam się, że nie cierpię tego miasta (TUTAJ). A jednak. 


Jak tu nie być sentymentalnym, podczas kiedy właśnie to miejsce Nelka poznała jako własny dom? To tu wróciłam z nią po porodzie. To tutaj toczy się całe jej maleńkie życie. Od samego początku. To te 54 metry kwadratowe widziało każdy płacz, każdą radość, każdy pierwszy raz mojej córeczki. Widziało mnie, młodą dziewczynę zmieniającą się w matkę. Moje pierwsze chwile macierzyństwa. To te kilka ścian tworzyło naszą rzeczywistość już trzyosobowej rodziny, to właśnie owe ściany oberwały Nelki pierwszym pokarmem BLW...
Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek przywiążę się tak bardzo do czegoś, co nie należy do mnie. 
I jest mi tak cholernie smutno. I żal. Nie rzeczy materialnej, jaką jest to mieszkanie samo w sobie. Jest mi żal tego, że już przesiąknęło naszym zapachem, żal mi tutejszej atmosfery. Tego, że zostawimy tu tyle pięknych wspomnień. I że jest to miejsce, do którego nie będzie możliwości nigdy wrócić, by chociaż móc przypomnieć sobie chwile w nim spędzone.

"Takie uroki wynajmowania..." - powiedział mi mój M. 
Czasem chciałabym, żeby i dla mnie wszystko było tak proste.

Człowiek boi się nowego. Iść do banku i wziąć kredyt. Kupić coś swojego. Przecież zamiast płacić obcemu, mogę spłacać kredyt za swoje. Na pozór takie łatwe. A jakże trudne w realizacji. I bynajmniej nie chodzi mi o zdolność kredytową. Chodzi o samą decyzję. Wziąć od banku te cholerne pieniądze i mieć na karku ciężar przez najbliższe - dajmy na to - 30 lat? Czy płacić komuś też przez te samo 30 lat za to, że może wyrzucić cię z lokalu, kiedy tylko będzie miał na to ochotę? Niby pozornie bez różnicy, bo te same pieniądze musisz wykładać miesiąc w miesiąc, ale gdzieś tą różnicę wyczuwasz.

Najgorsza jest niepewność. Tego co czeka cię jutro, może za miesiąc, a może dopiero za rok. Do końca życia raczej tam nie zostaniesz.

Wiem, że nie tylko my stoimy w obliczu takiej sytuacji.

Druga sprawa to fakt, że w naszym przypadku niepewne jest nie tylko mieszkanie, ale i miasto zamieszkania. Marcin z racji wykonywanego zawodu prawdopodobnie nie zabawi długo tu, gdzie obecnie jesteśmy. Więc na kij mi to własne M2?
Staram się z tym godzić. Że nie ma nic na pewno. 
I przekonywać samą siebie, że i bez tego wszystkiego możemy być szczęśliwi. Że zdołam wychować dzieci na dorosłych, którzy zrozumieją, że nie mogliśmy inaczej. I że podziękują mi za mój czas dla nich i za cudowne dzieciństwo, pomimo że na walizkach.
I marzyć się staram. Że na starość będę mogła wrócić tam, skąd pochodzę.

A na Topolowej zostawiam kawałek swojego serca...


Te posty mogą Ci się spodobać:

8 komentarzy

  1. Eh, jakbym czytała o sobie. My właśnie stoimy przed obliczem wyjazdu, z tym, że za granicę. I wiesz co mnie blokuje przed wyjazdem? Z pozoru to głupie, ale blokują mnie moje rzeczy, które mam w tym miejscu, wspomnienia, i takie sentymenty, jak Ciebie, wszystkiego zabrać nie mogę i jakoś mi z tym źle..
    A kredyt? Eh.. boję się właśnie, że zaciągnę go a później ( nie daj Bóg ) coś się stanie.. druga strona to fakt, iż bardzo dużo osób nie ma teraz zdolności kredytowej, a bo to śmieciówka, a bo umowa na czas określony, a bo najniższa krajowa..
    Chciałbym mieć własne, zrobić w nim wszystko po swojemu i żyć w poczuciu bezpieczeństwa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Temat rzeka. Ile ja bym dala teraz zeby cofnac czas i nie miec kredytu we frankach, moc pier*olnac to wszystko i sprzedac i przeniesc sie w lepsza okolice bez sasiada sluchajacego nad glowa disco polo gdy ja probuje uspic malego... To nasz najwiekszy obecnie problem, mieszkanie, podstawowa rzecz dla kazdej rodziny, a tak trudno osiagalna.

    OdpowiedzUsuń
  3. doskonale Cię rozumiem, bo ja też z tych sentymentalnych dusz:)) Zrób całe mnóstwo zdjęć ,dzięki nim zawsze można sobie zrobić sentymentalną wycieczkę do przeszłości:)

    OdpowiedzUsuń
  4. My mamy kredyt prawie 3lata i nie zaluje tej decyzyzji,mieszkamy w Poznaniu i wiem,ze jeśli zajdzie taka potrzeba uda nam sie wynająć. Wybierając analizowalismy wszystko dookola mieszkania i bloku. Mamy wiec park,sklepy,zlobek szkole,malte i 16pietro! Nikt nie halasuje bo nikogo nie slychac moze trochę sąsiada z domu i mloda zasypia przy iron maiden,a obok nie mamy nikogo. Upaly nawet są do zniesienia ;) jeśli chodzi o strach przed wzieciem tylko przez to,ze boi sie o przyszłość to tak samo jest,gdy sie wynajmuje tylko obcy szybciej wyrzuci niż bank ;) Patrycja

    OdpowiedzUsuń
  5. Kredyty koszmar jak dla mnie. Jedyna opcja wzięcia kredytu dla mnie to opcja kupna domu spłacam kredyt jak bym płaciła komorne w mieszkaniu. Nie wyobrażam sobie wziąć kredytu na mieszkanie i płacić czynsz i rate kredytu. Ale wiem, że wielu młodych ludzi nie ma innego wyjścia, takie życie w Polsce :/

    OdpowiedzUsuń
  6. Też wynajmujemy, 4 przeprowadzki w ciągu 5 lat małżeństwa.
    Naszym największym problemem jest brak zdolności kredytowej - mąż ma umowę od minimalnej. Gdyby nie to nie zawahalibyśmy się wziąć kredytu na 25/30lat. Koszt wynajmowanych mieszkań jest coraz większy, przynajmniej u nas. Ostatnio chcieli od nas 800zł samego wynajmnego za 36m2 - po roku nagle trzeba było się przeprowadzić :/ bo to zdzierstwo. Oboje, we troje, a niedługo we czworo tęsknimy, tęsknić będziemy za stabilnością, za swoim kątem, urządzonym po swojemu...

    OdpowiedzUsuń
  7. Kredyt to poważna decyzja. My nie mieliśmy innego wyjścia. Także mamy zobowiązanie na 30 lat. Na szczęscie mieliśmy sporo gotówki, więc kredyt jest niewielki. Jednak często zastanawiamy się nad wyjazdem za granicę i niestety kredyt nas blokuje. Bo przez 3 lata mieszkania sprzedac jeszcze nie możemy (bo zapłacimy coś koło 20% podatku), a żeby wyjechac jakieś większe pieniądze na start miec musimy. I koło się zamyka... Ciężkie są takie decyzje. Ale prawda jest taka, że mieszkac gdzieś trzeba i czy to wynajem czy kredyt pieniądze na ten cel zawsze muszą się znaleźc..

    OdpowiedzUsuń
  8. współczuje że nie możecie osiąść chociaż na kilka lat w jednym miejscu z racji zawodu M.
    My mamy kredyt i nie cofnęłabym czasu, bo gdybym tak zastanawiała się nad tym czy praca jest czy być może za chwilę jej nie będzie to bym oszalała.

    Mamy po swojemu, jesteśmy sami sobie kowalem, mamy taki kolor w domu a nie inny. Nie muszę się liczyć z nikim.

    Nie ma sytuacji bez wyjścia. Kredyt jest, nie ma pracy to trzeba szukać jej choćby za granicą...
    Ja bardzo chcę wyjechać za granicę, ale M nie chce....

    OdpowiedzUsuń