Rzecz o karmieniu piersią - moje dwa grzechy główne

czwartek, lipca 10, 2014

Kornelka ma już prawie 17 miesięcy. 
Przez cały ten czas była karmiona wyłącznie moim mlekiem. Prosto z piersi. 

Karmienie piersią było dla mnie zawsze bardzo istotne. 
Nigdy nie wyznaczałam sobie żadnego momentu, do którego będę karmić. I chociaż nie raz byłam już tym zmęczona i miałam dość, nie raz bolało, nie raz czułam się "uwiązana" do swojego dziecka, nigdy nie pomyślałam, by przestać.

Nelka rosła. Dwa miesiące temu przestała jeść. Nie, nie mleko. Raczej wszystko, co nim nie jest. Zawisła za to na cycu. Na 24 godziny na dobę. Częściej niż niemowlak. Tłumaczyłam to sobie high need baby, skokiem rozwojowym, wyżynającymi się trójkami, potrzebą bliskości, "takim okresem".  Ale czas mijał, a "ten okres" - nie.

Powoli zaczynało drażnić mnie to ciumkanie. Nie karmienie - ciumkanie, bo ileż można jeść... Nelka nie chciała się ze mną bawić, oglądać książeczek - siadała mi na kolanach i po prostu sama wyciągała sobie pierś, wołając "cici". Na spacerach na środku ulicy potrafiła zrobić awanturę, bo chciała tu i teraz, natychmiast. Nieważne, że nawet usiąść nie było gdzie. Nie można było zagadać, zainteresować niczym innym. Mnie coraz bardziej to męczyło. A w pewnej chwili zaczęło zwyczajnie boleć (pogryzione sutki!).

Wówczas pojawiła się refleksja: może to ja popełniłam gdzieś błąd?

Bardzo brałam sobie do serca rady wszystkich mądrych, którzy propagują rodzicielstwo bliskości i nadal uważam, że ta idea jest idealna i że chcę ją stosować względem mojego dziecka. Nigdy nie interesowały mnie uwagi typu "jest trochę za duża na karmienie piersią", ba, nawet nie przyjmowałam ich do wiadomości i nie brałam zbytnio do siebie, bo chciałam poczekać, aż Kornelia sama się odstawi. 

W pewnym momencie stwierdziłam jednak, że tyle czytam o RB, ale chyba mam jakieś problemy w prawidłowym odbiorze tych informacji i przyswajam je w nieco złej formie. Bo wszędzie pisze się, że "na żądanie". Że "kiedy dziecku smutno i brak poczucia bezpieczeństwa". Że "potrzeba bliskości". To zrozumiałe i zgadzam się z tym. Ale,  do cholerki, chyba powinnam odróżniać to od cycania z nudów, tudzież od zabawy piersią. Tak bardzo wzięłam sobie do serca to "na żądanie". Mea culpa. Sama wprowadziłam dziecko w błąd nieumiejętnością stanowczej odmowy, do której zresztą mam pełne prawo.

Z dnia na dzień karmienie denerwowało mnie coraz bardziej. Tak, denerwowało. Od dwóch miesięcy nie miałam nawet sekundy oddechu. Nelka częściej niż "mama" mówiła do mnie "cici". Czułam się, jakby poza piersią nie widziała we mnie nic innego. 
Coraz intensywniej myślałam o tym, by zakończyć karmienie. 
Byłam świadoma plusów długiego karmienia, było mi żal, bo myślałam, że potrwa to dłużej, a tu już koniec, a jednocześnie nie byłam już w stanie wytrzymać tego "uwieszenia" i, najważniejsze, bólu, jaki sprawiała mi Nel obracając w zębach sutek. Byłam po prostu zła. 
Wiem, że to moja wina, bo powinnam powiedzieć jej "nie" na takie memłanie już dawno temu, zanim do tego przywykła.
Ale cóż, na przyszłość będę mądrzejsza.

Na początku postanowiłam, że "od jutra zaczynam odmawiać i ustalam stałe pory, kiedy się karmimy; przecież Nelka to już duża dziewczynka - zrozumie". Niestety, nie zrozumiała. Każde moje "nie" kończyło się histerią. I żeby nie było - nie mówiłam po prostu "nie": tłumaczyłam, że "teraz cycuś śpi", tudzież że "mama jest zmęczona", że "trochę ją boli". Nic nie dawało rady. 

I choć do tej pory uważałam to za niedorzeczne i większość z Was pewnie puknie się w głowę, kiedy to ujawnię, to, naprawdę, moja intuicja uznała to za mądre posunięcie. Mądrzejsze niż całkowity zakaz czy odmowa. Stwierdziłam, że zastosuję metodę, w której środkiem do celu będzie... czosnek. Wiem, wiem. Wszędzie wyczytać można, że to ogromny stres dla dziecka posmarować sutek czosnkiem i dać mu do buzi. Trauma po prostu. Ale czy mamina odmowa stresem nie jest? 
Pomyślałam, że chyba lepiej dla mojego dziecka, jeżeli zobaczy, że daję mu pierś, tłumacząc, że mleczko nie jest już smaczne i samo dojdzie do wniosku, że mu ono nie odpowiada, aniżeli miałoby mieć odebrane coś, co było tak pyszne... 

Jak postanowiłam, tak też zrobiłam. 

Na szczęście mam bardzo mądrą córeczkę. Już po pierwszym razie zakumała. Trzeci dzień nie karmimy się, bo Kornelka nie upomina się o pierś w ciągu dnia. Wyjątkiem są drzemki i cycuś na dobranoc, ponieważ po dwóch nieudanych próbach uśpienia jej kołysankami, czytaniem bajek, leżeniem, przytulaskami doszłam do wniosku, że nie będzie przeszkadzać, jeżeli w tych momentach będzie dostawać pierś. Kornelka, nawet kiedy była bardzo śpiąca, odmawiała, ale przychodził moment, że zamykała już oczy, a mimo to nie mogła przeskoczyć na fazę snu i zaczynała głośno płakać. Podejrzewam, że nie chodziło jej o pierś samą w sobie, a po prostu o fakt, że nie mogła samodzielnie poradzić sobie z zaśnięciem.

I jeszcze kwestia mnie samej. Przez jeden dzień byłam przekonana, że odstawiam Kornelię całkowicie. I jakież to dziwne, ale targały mną sprzeczne uczucia: jednocześnie chciałam złapać trochę oddechu i jednocześnie nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Snułam się po mieszkaniu, płakałam spazmatycznie po kątach, nie mogłam dać sobie rady. 
To trochę śmieszne, ale Kornelia radziła sobie o stokroć lepiej niż ja. 
Targały mną wyrzuty sumienia, poczucie winy nie dawało mi spać, a poczucie własnej matczynej wartości spadało na łeb, na szyję. 

Myślałam, myślałam i w końcu ta moja durna mózgownica wymyśliła: skoro beczysz to czemu nie zostawisz karmień np. o stałych porach czy do snu? Czy ktoś zmusza cię, by pożegnać się z tym, co daje ci ogromną więź z dzieckiem? Przecież dwa czy trzy karmienia w ciągu dnia nie będą cię już tak męczyć ani boleć. 

To trochę egoistyczne ze strony mam, ale w takich zachowaniach objawia się cały ich strach: o to, że dziecko szybko urośnie, o to, że może przestaną niebawem być tak potrzebne. W moim wypadku lęki te eskalowały do myśli typu "znienawidzi mnie, obrazi się, a potem dorośnie, wyfrunie mi z rodzinnego gniazda i nie będzie chciała mnie znać". Tak, tak...

Mój matczyny umysł ciągle mnie zadziwia. Mój matczyny umysł ciągle pozostaje dla mnie tajemnicą.

Także w efekcie tych naszych działań (celowo piszę "naszych", ponieważ pragnę podkreślić, jak wiele w ciągu tych 3 dni otrzymałam od męża mego: pomoc fizyczną, wsparcie psychiczne, zrozumienie dla mojego - wciąż zmiennego - nastroju i przewrażliwienia, głaskanie po głowie i klepanie po ramieniu, a także ocieranie łez) doszliśmy do stanu "wilk syty i owca cała". 
Nelka karmiona jest tylko do spania, czyli dwa razy w ciągu doby, przy czym w nocy zdarza się jej budzić i wtedy podaję pierś. Zaspokajam jej pragnienie, ewentualny głód po całodziennym niejedzeniu (w sumie to temat na osobny post), potrzebę bliskości itd. Sama też zaspokajam jakąś tam swoją potrzebę bycia jej potrzebną :p Jest mi dobrze :)

Skutki uboczne? Kornelia stała się bardziej przytulaśna i całuśna. Oczywiście, ja jej także nie szczędzę bliskości, staram się być jeszcze bliżej niż zazwyczaj w te ciężkie (ciężkie? ciężkie to one chyba dla mnie są, bo Kornelka radosna jak rzadko kiedy) dni. 

Zdziwiłam się, jak mój mały cycoholik szybko odnalazł się w nowej sytuacji. Niebywała rzecz.


Podsumujmy zatem.
Moje grzechy główne podczas karmienia piersią:
- zbyt dosłowne wzięcie do siebie hasła "na żądanie", czyli przyzwolenie na zabawy piersią - chociaż byśmy byli nie wiadomo jak bardzo RB, nie oszukujmy się, dziecko nie powinno bawić się piersią. To takie rozczulające? Do pewnego momentu. Niech będzie "na żądanie", ale nie "na każde żądanie". Błędne rozumienie tego terminu zaprowadziło mnie w kozi róg - gdyby nie owo błędne rozumienie, nie byłoby problemu.
- ten felerny czosnek zastosowany do ograniczenia liczby karmień lub/i jako sposób, by powiedzieć dziecku "nie, mama jest zmęczona". Do dziś się biję z myślami, czy on mógł faktycznie być zastosowany. Niby widzę, że Nelka nie jest jakoś specjalnie przerażona faktem niesmacznego mleczka, bardziej przerażały ją moje odmowy. I efekt jest zadowalający... Ale czy mama wychowująca w duchu RB powinna posuwać się do takich metod?... Może to kwestia tego, że zwyczajnie nie umiem dziecku odmówić w sposób stanowczy, tak, by zrozumiało?...
Więcej grzechów nie pamiętam...

Wy też tak macie, że czasem Wasze rodzicielstwo jawi się Wam jako kompletnie chaotyczne? Kurczę, mi czasem przypomina błądzenie po omacku we mgle... Czasem zrobię coś, a potem dopiero myślę, jak głupio postąpiłam. Może tak musi być? Przecież na błędach się uczymy. Nie da się nauczyć rodzicielstwa inaczej, jak tylko będąc rodzicem. 

Te posty mogą Ci się spodobać:

4 komentarzy

  1. o ile pamietam,to wylacznie piersia nie karmilas,ale byl okres,ze podawalas mm,bo mialas powazny kryzys z karmieniem i Nelka sie nie najadala.ale dziewczyny Ci pomogly,i udalo.sie wam wyjsc na prosta. co do odstawienia,dobrze ze zostawilas karmienia w dzien,do snu. ale czy to nie za malo mleka? mam podobne dylematy,synek ma 21 mcy,karmiony piersia od urodzenia,jest anty mm, karmie go po przebudzeniu,po pracy,do snu i w nocy. odstawic calkowicie nie jestem gotowa,ale ograniczylam karmienia i ilosc mleka sie zmniejszyla. mam dylematy czy tego mleczka nie jest zbyt malo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, Megi, nie wiem czy można nazwać karmieniem mieszanym dokarmienie jej mm w ciągu trzech dni 3 razy. Więcej Nel nie spróbowała. Myślę, że to nie jest za mało mleka, Nelka jest już duża... Dzieci karmione mm otrzymują je w takim okresie tylko raz dziennie, a ja karmię 2 razy w dzień i około 3-4 razy w nocy, czasem jeszcze nad ranem. Uważam, że to wystarczająco. Poza tym to, że chciała wcześniej cyca co chwilę wcale nie oznaczało, że piła mleko. Napisałam w poście, że tylko ciumkała.

      Usuń
  2. Witam, trafiłam tu przez przypadek ale skoro juz przeczytalam text to podziele sie 2 zdaniami (z punktu widzenia psychoanalitycznego). Pani sie nad soba duzo zastanawia i analizuje co juz z gory jest duzym plusem ale... z textu wylania sie BARDZO DUZO poczucia winy, przezywania karmienia jako jedynej i niesamowitej wiezi z dzieckiem a zaprzestania karmienia jako odebranie dziecku wszystkiego co najlepsze i bycia przezywana jako zla matka. Mysle, ze fajnie by bylo gdyby Pani rozwazyla swoja psychoterapie. Wiem, ze zaraz sie na mnie duzo krytyki wyleje ale mam poczucie, ze dla Pani dziecka to bedzie najlepsze co Pani moze zrobic (a nie zadreczac siebie i corke dlugim karmieniem piersia, ktore, prosze mi wierzyc, wcale nikomu nie wychodzi na dobre). Jestem jak najbardziej za naturalnym karmieniem ale wszystko musi miec swoje granice, byc wyposrodkowane, zadna skrajnosc nie jest dobra. Pani sama pisze o swoim problemie stawiania granic i probie takiego manewrowania zeby wszystkich uszczesliwic. Tak sie oczywiscie nie da i koniec koncow nikt nie jest zadowolony z takich rozwiazan. Szczerze pozdrawiam i polecam terapie (psychoanalityczna lub psychodynamiczna) :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Że tak powiem - nie popadajmy w paranoje. Na każdym kroku macierzyństwa trzeba podejmować decyzje "optymalne" i jest sporo kompromisów. Począwszy od samodzielnego usypiania ( lub na kolanach matki) po samodzielne jedzenie zupy czy też sadzania przed bajką gdy mama potrzebuje chwili dla siebie, butla niekapek czy zwykły kubek...). Każdy popełnia jakieś błędy :P Nie martw się.

    OdpowiedzUsuń