Szczepionka MMR/PRIORIX - jak udało się nam ją odroczyć

wtorek, lipca 01, 2014

Wiem, że postów na ten temat powstało już dziesiątki. Dlatego ja dziś nie chcę rozwodzić się nad za i przeciw, a pokazać Wam swoje stanowisko i to jak rozwiązałyśmy problem z jedną z najbardziej kontrowersyjnych w dzisiejszych czasach szczepionką.

Post jest dość długi, ale mam nadzieję, że uda Wam się dobrnąć do końca :)

Nie jestem zagorzałą przeciwniczką szczepionek. Moje dziecko otrzymywało je od pierwszych dni swojego życia, zawsze na czas, bez żadnej zwłoki. Przyznaję, że robiłam to po trosze z niewiedzy. Gdybym jeszcze w ciąży węszyła i zgłębiała temat, może moje stanowisko wobec szczepień byłoby zgoła odmienne. Być może po prostu też ślepo wierzę, że skoro nasze pokolenie i pokolenia przed nami były szczepione i wszystko było ok, nie ma podstaw, by czegokolwiek się obawiać.

Internet to dobrodziejstwo i przekleństwo naszych czasów zarazem. Tu znajdziesz odpowiedź na każde pytanie, nawet na to, które nie przyszłoby Ci do głowy. Tu wszyscy mogą napisać to, co myślą, co sobie wydumali, wymyślili. Nie odróżnisz prawdy od fałszu, nie odnajdziesz się. 

MMR/PRIORIX. Czytasz. Zaczyna brzmieć coraz bardziej groźnie. Masz mętlik w głowie. Strach nie szczepić. I szczepić też strach... 

I miota się taka biedna matka. Rozpaczliwie poszukuje rozwiązania, bo odpowiedzialna za dziecko, owszem, a decyzję podjąć nie sposób. Dziś już nawet lekarzowi zaufać nie można. Gdzie szukać pomocy?

Z przerażeniem odkrywam coraz to nowsze doniesienia na temat szczepionki MMR (w sumie i PRIORIX też, bo ponoć różnica pomiędzy jedną a drugą to jak 'wybór między syfem a malarią').
A to autyzm, a to historie rodziców dzieci, które po szczepieniu cofają się w rozwoju, a to informacje o obecności komórek abortowanych dzieci w składzie... 
Nie umiem zająć żadnego stanowiska w tej sprawie, podczas kiedy lekarze wszystko to negują, zaprzeczają, a jednocześnie nie umieją odpowiedzieć mi fachowo na szczegółowe pytania: "Szczepienia są konieczne. Tak, bo tak. Nie, bo nie... Tak po prostu jest".

Nelka była zapisana do jednej z przychodni w naszym mieście. Kilka razy pisałam już na blogu, jakich mamy tam lekarzy. Konowałów, rzekłabym. Nie zmienialiśmy do tej pory przychodni, ponieważ Nelka niedużo chorowała i, na szczęście, nie mieliśmy zbyt częstych kontaktów z tamtejszą służbą zdrowia. 

Już na długo przed skończeniem roku przez Nelkę zastanawiałam się i obawiałam reakcji naszej "cudownej" pani doktor na moją chęć odroczenia szczepienia Kornelii MMR-em do skończenia przez nią drugiego - trzeciego roku życia. Ostatecznie stwierdziłam, że może źle się nastawiam, może da radę załatwić tą sprawę po ludzku. Łudziłam się, że pani doktor wyjdzie naprzeciw pełnej niepokoju matce, zrozumie, wskaże rozwiązanie, które będzie dla nas w jakimś stopniu satysfakcjonujące. Czekaliśmy więc jak na skazanie, kiedy otrzymamy TEN telefon.

Zasadniczo szczepienie przeciwko odrze, śwince, różyczce wykonuje się w okolicach 13 miesiąca życia dziecka, niektóre źródła podają, że po jego ukończeniu. Jakież było więc moje zdziwienie, kiedy wezwanie na nie dostaliśmy dokładnie w dniu pierwszych urodzin Nel. Po cóż ten pośpiech, zastanawiałam się...

Mój błąd, że zamiast po prostu nie stawić się w terminie, zaczęłam przez telefon dyskutować z panią pielęgniarką. Powiedziałam jej, że targają mną pewne obawy, że nie mam zamiaru zupełnie rezygnować ze szczepienia, a jedynie przesunąć je w czasie, że chciałabym wybrać się z dzieckiem na wizytę do neurologa. Pielęgniarka była wręcz oburzona. Bo jak to tak NIE szczepić! Zaczęła straszyć mnie, że moje dziecko umrze... Dziś spytałabym ją: "To czemu pani nie szczepili MMRem i jakimś cudem pani żyje?". Ale wtedy brakło mi słów. Zakończyłam rozmowę.

Udałam się do lekarza, którego w tej przychodni darzyłam największym zaufaniem. Niestety, nie rozwiał wątpliwości. Moje obawy nazwał "głupotami, których naczytałam się w Internecie". Stwierdził, że w dzisiejszych czasach ludzie są tacy wykształceni, a dzieci nie szczepią - "kompletna ciemnota". 
Poprosiłam o skierowanie do neurologa - nie dostałam. Poprosiłam o odroczenie - machnął ręką. Spytałam, czy podpisze oświadczenie, iż bierze na siebie odpowiedzialność za ewentualne skutki szczepienia - jasne, że tak. 
Wyszłam z kwitkiem i całkowicie zwątpiłam w swoją moc sprawczą. Jestem matką, a zarazem osobą odpowiedzialną za dziecko, a nikt nie daje mi prawa decydować o nim w tak ważnej kwestii, ani choćby zadawać pytań w razie wątpliwości. 
Co mi tak naprawdę po tym, że lekarz podpisze mi jakiś głupi papierek, skoro moje dziecko może być kaleką do końca życia... Żadne to rozwiązanie.

Miałam nadzieję, że po tym wszystkim przychodnia da nam spokój lub przynajmniej zyskamy trochę czasu. 
Zyskaliśmy. 4 miesiące. W trakcie których pielęgniarka dzwoniła jeszcze kilka razy, grożąc sądem. W końcu pocztą otrzymaliśmy wezwanie. Na którym znajdowała się także informacja, że za każde kolejne będę płacić. 
Poczułam się bezsilna, ale złe myśli ciągle mnie prześladowały. 

Kilka informacji, że znajome dzieci były szczepione i nic im nie jest. 
Kilka informacji z telewizji o krytycznych powikłaniach.  
Może zaszczepić... może nic jej nie będzie... a może będzie tą jedną z nielicznych... tfu, tfu... 

W pewnym momencie jedynym wyjściem wydało nam się... zmienić przychodnię. Jak pomyśleliśmy, tak też postąpiliśmy.

Jakieś trzy tygodnie trwało zanim nasza nowa osiedlowa przychodnia ściągnęła z poprzedniej kartę szczepień. W końcu... zadzwonili i oni. Poddałam się. Stwierdziłam, że stawimy się. Może pogadam z lekarką, może coś ugram, a jak nie... po prostu zaszczepię. Nie będę walczyć z wiatrakami.

Z wielką gulą w gardle, dzieckiem na ręku i mężem u boku powędrowaliśmy w wyznaczonym terminie do punktu szczepień. 

Na miejscu pielęgniarka trochę się pogubiła - myśląc, że jesteśmy już po MMRze, kazała mi podpisać zgodę na kolejne szczepienie. Po chwili jednak zorientowała się. Całkiem zrezygnowana podpisałam kolejną - prawidłową - zgodę. 

Już mieliśmy przechodzić do gabinetu pani doktor, kiedy M. szepnął pielęgniarce, co by się stało, gdybyśmy nie chcieli szczepić. Spanikowana pomyślałam: znów się narażamy... 

Jakież było moje zdziwienie, kiedy pielęgniarka spojrzała na nas pełna zrozumienia. Dowiedzieliśmy się od niej, że mamy prawo nie szczepić dziecka w ogóle. Że żadnych konsekwencji prawnych nikt z tego tytułu nie ponosi. Nic nie musimy przychodni za nic płacić. Możemy podpisać papierek, że nie szczepimy, możemy też go nie podpisywać i nie stawiać się na wezwania. 
Po cichu powiedziała nam także, że nie może wielu rzeczy ujawniać, ale gdyby ona miała dziecko, to by go nie zaszczepiła tą szczepionką... Co dziwne, druga - szczepiąca - pielęgniarka była tego samego zdania. 

Spytałam, czy warto byłoby porozmawiać na ten temat z  samą lekarką, ale usłyszałam, że ona należy do linii "SZCZEPIĆ i bez dyskusji". 

Jak te cudowne pielęgniarki pomogły nam rozwiązać sprawę? 
Ze względu na fakt, że nie zdecydowałam jeszcze czy w ogóle zaszczepię i że nie chcę zamykać sobie drogi oświadczeniem, że całkowicie z tej opcji rezygnuję, pomyślały, że wpiszą nam do karty, iż na dziś jest wyznaczone kolejne szczepienie, to po MMRze w 16 miesiącu życia dziecka. I tak też zaszczepiliśmy. Lekarka nie zorientowała się nawet, więc uniknęliśmy kolejnej przykrej konfrontacji i wymiany zdań. A na MMR możemy stawić się, kiedy będzie nam się podobać. Nawet po trzecim roku życia.

Nie wiedziałam, jak mam dziękować tym kobietom. Które z empatią potrafiły nas, rodziców, wysłuchać. Które zechciały pomóc. 

Do dziś dnia oddycham z ulgą na myśl, że mogłabym zaszczepić Kornelię, a nie musiałam. 

Może za ten rok czy dwa wymyślą jakąś alternatywę dla MMRu i PRIORIXu. Może coś się zmieni, może bez obaw będę mogła zabezpieczyć moje dziecko przed chorobą... Mam nadzieję.

Póki co jestem szczęśliwa, że udało nam się uniknąć ewentualnego nieszczęścia.

Wciąż jednak zastanawiam się, czemu tak skrajne są stanowiska wobec prawa do decyzji rodziców w temacie szczepień w obu przychodniach...

Chętnie bym poczytała, jakie są Wasze doświadczenia w kwestii szczepień MMRem/PRIORIXem. 
Podzielicie się?


Te posty mogą Ci się spodobać:

12 komentarzy

  1. Nasz pediatra w sumie bardzo sumiennie odpowiedział, żeby poczekać i przeciągnąć szczepienie - troszkę :O W sumie zastanawiam się, czy nam przyślą wyzwanie. Raczej w to wątpię... i chcę poczekać do 16 mż

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedź jest bardzo prosta. Dlatego, że lekarzy się uczy na studiach iż szczepionki są absolutnie bardzo dobre. Później następuje zderzenie z rzeczywistością tzn z dziećmi i NOP-ami po szczepieniach. Szczepionki nie wyleczyły epidemii tylko zmiana stylu życia bieżąca woda itd. Nikt nie ma prawa zmusić Cie do szczepienia dziecka to niezgodne z Konstytucją. Masz wątpliwości dołącz do grupy szczepienia.org na fb. Ja po lekturze nie mam zamiaru szczepić mojego dziecka. Pisałam również u siebie o kilku sprawach http://swiatgabi.blogspot.com/2014/03/nop.html Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. My najprawdopodobniej wyjeżdżamy za granicę, więc odroczenie wyjdzie naturalnie:)

    W moim szpitalu dziecko dostało strasznych powikłań po szczepionce przeciwko gruźlicy.. Przeszło operację wycięcia węzłów chłonnych i jeszcze inne powikłania do tego doszły..
    Także w zasadzie każda szczepionka ma plusy i minusy.. Mam wrażenie, że stary system szczepień był o wiele lepszy niż obecny.Teraz taka nagonka, szczepić, szczepić i to najlepiej na wszystko! naciąganie tych rodziców na drogie szczepionki, pneumo, rota, kiedyś tego nie było i żyjemy, mamy się dobrze. Lekarze napędzają machinę a naiwni rodzice płacą a później płaczą..;/ a zdecyduj się na same refundowane to też źle, bo jak to tak dziecko kuć tyle razy

    OdpowiedzUsuń
  4. my zaszczepilismy tą szczepionką. tez bardzo się bałam. Okazało się, ze niepotrzebnie. Nie ma co demonizować szczepionek, skutki uboczne ma tez antybiotyk. Nie ma zadnych dowodów naukowych na zbieżność autyzmu z mmr.

    OdpowiedzUsuń
  5. Też miałam duże wątpliwości, ale w końcu zaszczepiłam i szczęśliwie powikłań nie było. Uważam jednak, że fakt że ta szczepionka jest obowiązkowa to błąd! My byliśmy szczepieni na odrę i w późniejszym wieku dziewczynki na różyczkę, jeśli jej nie przechodziły. I jakoś żyliśmy. a teraz prawo nakazuje nam szczepić, bo pewnie stoi za tym gruba kasa koncernów farmaceutycznych... Szkoda mi tylko, że lekarze nie są bardziej uświadomieni w tej kwestii - to oni powinni protestować przeciwko szczepieniu, bo ich może rząd by wysłuchał, jak specjalistów...

    OdpowiedzUsuń
  6. My odroczyliśmy, bo mały miał operację. Ale już do nas dzwonili...byliśmy akurat na wakacjach. Pielęgniarka wpisała w kartę kolejne odroczenie do początku lipca. Tylko czekać teraz telefonu. Kacperek ma 16.5 mies. Chciałabym chociaż do 2 r.ż. poczekać. Tylko czy się uda?

    OdpowiedzUsuń
  7. Mój synek ma 2,5 i do tej pory go ni szczepiłam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak to pani robila ze pani nie szczepila bez konsekwencji?

      Usuń
    2. Moja córka w tym momencie również ma 2,5 roku i nadal jest niezaszczepiona. Moim zdaniem ogromne znaczenie ma tutaj postawa przychodni, do której dziecko należy. Akurat u nas nie ma z tym większego problemu, ponieważ Panie, które szczepią zetknęły się z przypadkami przykrych konsekwencji tego szczepienia i nie traktują mnie dlatego jak rozhisteryzowaną wariatkę. Z tego co wiem, to może Pani podpisać papierek, że nie chce szczepić w ogóle, ale też taki, że chce Pani to szczepienie odroczyć w czasie. Ma Pani do tego prawo i, jak mi powiedziała pielęgniarka w przychodni, żadna przychodnia nie ma prawa straszyć nas sądem, karami finansowymi i innego typu bzdurami. To decyzja rodziców. Ja nie unikałam szczepienia, ja tylko chciałam odroczyć je w czasie. Udało się. W tym momencie jestem w drugiej ciąży i uważam, że raz, że nadszedł odpowiedni moment na szczepienie, bo córki układ nerwowy jest już bardziej dojrzały, a dwa z troski o drugie życie postanowiłam zaszczepić. Okazało się, że zaszczepić, to też nie jest taka łatwa sprawa, ponieważ musiałam wypełnić odpowiedni kwestionariusz, w którym odpowiadam na multum pytań, m.in. takie czy w tym momencie moje dziecka NA PEWNO jest zdrowie. Ponieważ tego dnia rano córka miała zapchany nosek zaznaczyłam odpowiedź "nie wiem". Myślałam, że lekarka roztrzygnie tą kwestię. Niestety, moja odpowiedź zdyskwalifikowała nas już w przedbiegach, pomimo, że po badaniu lekarka uznała, że dziecko jest zdrowe, ale skoro ja napisałam, że nie wiem, to ja jestem matką i może udało mi się zauważyć coś, czego ona nie zauważa. A co jeżeli ja też bym tego nie zauważyła? Wówczas szczepienie jest niebezpieczne. I tak oto całą odpowiedzialność za konsekwencje szczepienia przerzuca się na rodzica... To nie lekarz decyduje o zdrowiu dziecka tylko rodzic. Rozumiem, ostrożność ostrożnością, ale ja nie jestem ekspertem i mam prawo nie wiedzieć, czy moje dziecko jest zdrowe. Dlaczego moje "nie wiem" jest ważniejsze niż lekarza "dziecko zdrowe". Czyżby naprawdę było czego się bać?...

      Usuń
  8. Mój synek ma 3,5 roku i nadal nie jest zaszczepiony. Najgorzej było się wymigiwać przez pierwszy rok, bo nasza pani pielęgniarka należy do tych bardzo skrupulatnych. W końcu podpisałam oświadczenie, że na razie nie chcę szczepić. Telefony miałam co ok 2 miesiące i ciągłe awantury. Teraz już się poddała...

    OdpowiedzUsuń
  9. Hej! My właśnie wczoraj zaszczepiliśmy hexą...a miał być priorix. Dostałam wcześniej i wezwanie i telefon z Rejonu. Podpisałam papierek, że nie chce "aktualnie" szczepić. Córeczka skończyła 2 latka.

    OdpowiedzUsuń
  10. Taaaaa. Koleżanka ma 2 synów - pierwszego zaszczepiła w terminie (dziś ma 5 lat), ze szczepieniem drugiego zwlekała (obecny 3 latek). Niezaszczepiony ma aktualnie świnkę, wyje z bólu, więc cały czas jest na środkach przeciwbólowych, męczy się strasznie. Zaszczepiony pogorączkował przez jeden dzień i spłynęło po nim jak po kaczce. Zatem warto się zastanowić. Aktualnie epidemia świnki w 3 zaprzyjaźnionych przedszkolach :( A mój Synek kończy właśnie 14 miesiąc...

    OdpowiedzUsuń