Matka kontra internet

piątek, sierpnia 07, 2015


Im dłużej obracam się w blogosferze, tym częściej utwierdzam się w przekonaniu, że internet to przekleństwo naszych czasów. Przekleństwo zwłaszcza dla ludzi takich jak ja, którzy nie umieją z niego korzystać. 

Wchodzę na dość popularny blog parentingowy. Jeden, drugi, trzeci. Teraz do tego wszystkiego dołącza jeszcze instagram. Wszędzie piękne obrazki. Nienagannie ubrane dzieci, zabawki super rozwijające i równie super drogie. Piękne, luksusowe miejsca i jedzenie z najlepszych restauracji. 
I te wszystkie mamy, takie idealne, kreatywne. Tu pichci coś obrzydliwie zdrowego jedną ręką, na drugiej trzyma dziecko i jeszcze zamiata podłogę stopą. Zaraz potem sama wymyśla dla potomka milion edukacyjnych zabaw, w międzyczasie rozkręca własny biznes, a przy tym wszystkim uśmiecha się szeroko od ucha do ucha. Nie, nie jest zmęczona, wręcz przeciwnie - czuje się wreszcie spełniona.

I ja w to uwierzyłam. I ja dałam się na to wszystko nabrać. Jestem naiwna, bo wierzę w ideały. Takie tam moje wypaczenie jeszcze z czasów dzieciństwa. Bo pewna bardzo bliska mi osoba wmówiła mi, że nigdy się nie myli. I ja również nie powinnam. Powinnam za to być równie perfekcyjna co ona. Muszę być wzorem na każdej płaszczyźnie swojego życia. Ideały istnieją naprawdę. Wystarczy się postarać.
Wzięłam więc sobie do serca, że idealna będę bardziej kochana. Cudowna perspektywa mieć więcej miłości, prawda? Postanowiłam ścigać się sama ze sobą. 

Zaczęło się już w podstawówce. Najpierw musiałam być najlepszą uczennicą. Potem postanowiłam zostać najchudsza na świecie. I już wtedy moje dążenia rozbiły się w drobny pył o twardy beton. I już wtedy dostałam ostrzeżenie, by nie iść ścieżką idealności. Wyleczyłam się z anoreksji i bulimii. Na szczęście. Ale pułapka perfekcjonizmu, w jaką wpadłam, wcale nie wypuściła mnie na wolność. Zmieniłam dziedzinę, w której będę się "spełniać" z panowania nad własnym ciałem w udowadnianie innym swojej wartości.

Dlatego dziś patrzę na te wszystkie obrazki na instagramie, na zdjęcia na blogach i choć gdzieś głęboko w sobie wiem, że to tylko skrawek czyjejś rzeczywistości i że może nawet to prawda, to co inni pokazują w necie, prawda a nie pozowanie, by na fotce wyszło ładnie, prawda, bo to co mi ktoś tu serwuje to autentycznie jego pasja i miłość, to ja chcę być taka jak ten ktoś. I jak ktoś inny. I jak jeszcze ktoś. Strzelam sobie w kolano - połączę to wszystko i będę robić wszystko. Będę idealną matką. Taki multizadaniowiec. Będę gotować zdrowo, z uśmiechem na ustach stać pół dnia nad garami, zacznę szydełkować zabawki i szyć kołderki dla dzieci. Nie położę się spać, w zamian za to własnoręcznie namaluję plakat na ścianę nad łóżkiem Nel. Zrobię filcową karuzelkę dla brzuszkowej, a dla Nelki zaprojektuję sukienkę. Stanę wreszcie na nogi i zrobię ten certyfikat językowy z niemieckiego. No, i przydałoby się zacząć więcej czytać, bo już dawno wypadłam z obiegu, jeżeli chodzi o kulturę. Sprzedam na all trochę rzeczy z domu - będę mieć kasę na pompony, cotton ballsy i skandynawskie mebelki do pokoju dziewczynek. Będziemy modne. Będziemy na topie. Będziemy takie jak wszyscy.

Robię jedno, drugie, trzecie, znowu drugie, na przemian. Ciągle w niedoczasie.

I w końcu przyszedł moment, że zmęczyłam się. Powiedziałam "stop". Gdzie w tym wszystkim jestem ja? Czy piękne znaczy to, co mają wszyscy? A gdzie moja definicja piękna? Może jest zgoła inna? Czemu wciągam dzieci w swoją chorą grę? Czy im też nie pozwolę być sobą?

Nie jest sztuką patrzeć na ludzi i powielać czyjeś wzorce. Nie jest sztuką łapać się każdej dziedziny i w zakresie żadnej tak naprawdę nie robić nic albo niewiele. Nie jest sztuką ganiać się z samym sobą.

Macierzyństwo zaczyna mnie zmieniać i chyba też uczyć tego, co jest w życiu ważne. Dziś wiem, że mogę wrzucić na luz, odpuścić sobie to, co nieistotne, że mam prawo wyrzucić z serca stare schematy, które mną kierują, a w otoczeniu omijać szerokim łukiem tych, którzy mnie niszczą psychicznie i powodują, że znów się chwieję, tracę równowagę i w końcu upadam. I chociaż jest cholernie trudno dojść do pewnych wniosków, stanąć samemu z sobą twarzą w twarz; chociaż niejednokrotnie popłynie łza, to chyba idę w dobrym kierunku. Ku zmianom.

Odrzuciłam w tym momencie od siebie wszystko i staram się wsłuchać w swoje wnętrze. Cholera, jakie to męczące odnajdować siebie na nowo. Zawsze wydawało mi się, że mam ze sobą dobry kontakt. Zawsze dużo myślałam, gdybałam i zastanawiałam się nad tym, co się dzieje w moim życiu i głowie. Nie wiem, kiedy zaprzestałam. Czy wtedy kiedy urodziłam Nelkę i zaczęło brakować mi doby chociażby na prysznic. Czy po prostu moja podatność na reklamę i wyidealizowany blogowy świat zaćmiła mi oczy. To już chyba nieistotne.

Pracuję nad sobą, ale czasem ciężko mi usłyszeć swoje myśli, bo zagłusza je krzyk "co pomyślą inni?". Przecież jak wydziergam na szydełku kocyk dla brzuszkowej, to stanę się taka cool. Zwłaszcza w oczach mojej matki... Stop! STOP!!! To nie ona jest lustrem, w którym winnam się przeglądać...

Prowadzę swoistą autoterapię, ale czasem dopada mnie regres i muszę zaczynać wszystko od nowa.

Moja potrzeba udowadniania innym, że jestem coś warta jest ogromna. W dzieciństwie zakrzewiono we mnie wiarę, że nie można mnie kochać bezinteresownie. Że żeby zasłużyć na miłość muszę coś osiągnąć, zdobyć. Nie jestem już dzieckiem, ale nadal to w sobie noszę. Ciąży to nade mną jak jakaś klątwa.

Stanie w miejscu nie jest dla mnie. Lubię czuć się w miarę stabilnie w życiu, ale wychodzenie poza wyznaczone ramy daje mi kopa. Dlatego chciałabym robić coś ponad siedzenie z dzieckiem w domu. Tyle że nie mam na siebie pomysłu. A powielać czyjeś pomysły... to dno, od którego właśnie się odbiłam.

Szukam siebie. Po omacku, ale idę do przodu. Chociaż ciemno jest wszędzie.

Oddycham z ulgą, kiedy wreszcie po wielokrotnych i usilnych tłumaczeniach samej sobie dochodzę do wniosku, że nie, wcale nie muszę cisnąć Marcina na pieluszki wielorazowe dla Anielki. Nie muszę cisnąć i siebie, bo to zdrowe, tanie, eko i, co najistotniejsze, modne. Nie muszę i już. Nie będę gorszą matką przez to, że postawię na wygodę i co dzień na śmietnik wyniosę tonę jednorazówek.

Nie, moje córki nie muszą mieć pokoju w stylu skandynawskim. Ba, póki co wcale nie mają jeszcze żadnego pokoju.
I znów ulga - przyznać się przed samą sobą, że rzygam już pinterestowymi obrazkami białych, pudrowych, miętowych pokoików dziecięcych, z których każdy kolejny przypomina mi poprzedni. Wolę za to ciemne mebelki. I puchate długowłose dywany, nie te szydełkowe sznurkowe (moje dziecko również je uwielbia).

Powoli zaczynam oddychać pełną piersią, bo nie muszę dziergać na szydełku przytulanki króliczka. No, nie muszę i już, bo po prostu męczy mnie machanie tym patykiem i pętanie się włóczką. To nie na moją (nie)cierpliwość. Moje dzieci obejdą się bez, a w sklepie wybiorą sobie miśka, który naprawdę się IM podoba. I co z tego, że to zwykły misiek, taki jak były 5 i 10 lat temu? Mam płakać, bo nie jest modny, drogi i niekoniecznie pasuje do stylu ich pokoju? Proszę cię, Wera...

Co dzień walczę ze sobą, by nie wejść na blog/instagram/pinterest. Jakie to kuszące: popatrzeć jak mają inni, pozazdrościć i zrobić sobie coś identycznego. Jakie to proste - nie mieć własnego zdania i gustu. Łatwo jest tak żyć - wszystko gotowe, podane na tacy, możemy się zainspirować (o, jakie to inspirowanie się jest na topie) i powielać.

Codziennie walczę i nie zawsze wygrywam. Ale staram się zamieniać czas, który mogę spędzić przy komputerze na czas z rodziną, z nosem w książce i na myślenie o niebieskich migdałach. Tylko w ten sposób unikam gubienia siebie. Tylko w ten sposób wsłuchuję się w swoje wnętrze. Kiedy jestem w domu z Marcinem i Nelką i pomyślę o tym, co widziałam na pintereście i było moim "must have" w chwili, kiedy byłam sama ze sobą, wydaje mi się to takie głupie i niedorzeczne, że natychmiast wywalam to ze swojej głowy.

Jakie to zadziwiające, że przy moim dziecku i mężu potrafię być bardziej sobą niż bez nich. Z nimi czuję się lepiej niż z samą sobą. Bez nich w mojej głowie zaczyna panować chaos.

Wiem, że muszę odnaleźć prawdziwe "ja", żeby umieć się dogadać z moim wnętrzem. Ale internet mi w tym nie pomaga. Opuściłam już większość blogów i portali społecznościowych, a na fb wypisałam się ze wszystkich grup, które robiły mi sieczkę z mózgu. Nie chcę mieć tego, co kreują reklamy i nie chcę być taka, jak świat uważa, że powinnam być. Chcę kupować tylko to, czego autentycznie potrzebuję i pragnę kierować się intuicją zarówno w życiu jak i w macierzyństwie.

Nie potrzebuję do wszystkiego dorabiać ideologii i nazewnictwa.
Nie muszę być mamą karmiącą, bo przecież każda karmi, nieistotne w jaki sposób.
Nie muszę być mamą rodzicielstwa bliskości, bo jestem najlepszą mamą dla swojego dziecka (tak, tak, chcę bardzo w to wierzyć i nad tą wiarą pracuję), jestem blisko niego i to wystarcza.
Nie muszę być mamą kreatywną (na placu zabaw i w kuchni) - najważniejsze, że tak czy tak staram się dbać o dzieci najlepiej jak umiem.
Nie muszę być mamą aktywną zawodowo ani mamą opiekunką ogniska domowego.
Jestem mamą. Po prostu.

Nie lubię, jak ktoś przyszywa mi łatki. A przez długi czas sama próbowałam się definiować, zaszufladkowywać i być "jakaś". Teraz wiem, że nie muszę. Mogę być mamą. Mamą sobą. Nic nie wnosi do mojego życia przynależność do jakiejś tam grupy matek z jakąś tam przyświecającą im ideą i krzyczących, że wszystkie inne są złe. Każda z nas jest inna... i nie każda inna zła. 

Czasem zastanawiam się, jakby wyglądało moje życie i macierzyństwo bez internetu, bez tej całej "cennej wiedzy", którą dzięki niemu posiadłam. I dochodzę do wniosku, że wolałabym, żeby tego neta nie było. Chyba byłabym szczęśliwsza bez świadomości, że nie mam czegoś, co obecnie jest "must have" i że nie jestem taka, jak obecny świat wymaga.

Znam matki, które tylko coraz szerzej otwierają oczy i usta, kiedy opowiadam im o tym, co wyczytałam w sieci. I to nie są starsze kobiety. To moje rówieśniczki, które rodzą dzieci i po prostu się temu poddają. Nie mają potrzeby "doszkalać się" w tej dziedzinie, bo zwyczajnie własna intuicja im wystarcza. Są mega szczęśliwe, uwierzcie mi.

Nie chcę przez to wszystko powiedzieć, że internet jest złem najgorszym. Jest przekleństwem dla mnie, bo nie umiem umiejętnie korzystać z jego zasobów. Jestem naiwna, podatna na reklamy oraz sugestie, niepewna siebie, ciągle potrzebuję się dowartościowywać, a zdanie innych często jest moim zdaniem, bo nie mam własnego (albo go jeszcze nie odkryłam).

Lecę dalej szukać siebie. Przede mną sporo pracy. Mam nadzieję, że niebawem złapię równowagę pomiędzy tym, co według świata powinnam a tym czego sama dla siebie pragnę.


Zdjęcie STĄD

Te posty mogą Ci się spodobać:

8 komentarzy

  1. Tez czasem czytajac niektore blogi mam wrazenie, ze zyje w innym swiecie. Ba!moje dziecko tez nie ma swojevo pokojuw kolorze rozbielonej miety,zatem nie moge byc inspiracja dla nikogo. Trzeba zachowac do tego zdrowy dystans, tez mysle,ze jak ktos sprzedaje swoje zycie prywatne na blogu, pokazuje kazdy pokoj, kuchnie ,lazienke, tym samym jakby wszystkich do tegozyciazaprasza. Gdzie miejsce na prywatnosc,gdzie niektorym moznama blogu doslownie do garnka (ze zdrowa zywnoscia oczywiscie)zajrzec.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się momentami zastanawiałam już czy świat, w którym żyję ja i moje otoczenie jest normalny, czy może ten internetowy to standard, a tylko u mnie takie... odchyły...
      Kiedy zaczynałam blogować, blogosfera była zupełnie inna, było fajnie i za tym tęsknię bardzo. Teraz wiele z blogów, które niegdyś czytałam przestało nawet istnieć, bo fakt, że nie pokazywały pięknych zdjęć spowodował, że przestały być poczytne i umarły śmiercią naturalną. Dziś nieistotna jest treść bloga, fotki ze spotkań blogerskich i krótkie komentarze do nich robią statystyki. Płaczę za dziewczynami, które naprawdę z ciekawością i uwielbieniem czytałam, a których już w sieci nie ma.

      Usuń
  2. Jakbym czytała swoje myśli. Masz rację! Gdybym wiedziała jak to zrobić to pokazałabym ten tekst wszystkim mamom z blogów.
    Jakiś czas temu taki temat był poruszony w komentarzach pod postem gdzieś na blogu.
    Torba i o-bag, to jakiś ciuch must have itd. U dziecka białe mebelki w pokoju, markowe ubranka, drewniane zabawki (sory ale plastik też jest ok. ) no wszystko po prostu wszystko naj.
    Czasami jak za bardzo wsiąknę w to oglądanie to zatrzymuję się i patrzę na swoją córkę i myślę, że... cieszę się, że ja tak nie zgłupiałam. Patrzę na swoją mamę, która w tak prosty sposób wychowała mnie i moje rodzeństwo i zazdroszczę jej, że ona nie wie o tych internetowych glupotach...
    Też zastanawiam się jak z tego wyjść, ale cieszę się, że z prowadzenia bloga zostało mi tylko pozostawienie komentarzy w paru miejscach i przegladanie zdjęć na instagramie, nic więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie dlatego też sporo nie było w sieci, ponieważ chciałam odpocząć od tego wszystkiego, co widzę i się zdystansować. Wreszcie się też do tego umiem ustosunkować. I czuję się teraz o niebo lepiej, kiedy wiem, że nie muszę. Naprawdę, to niby takie łatwe powiedzieć sobie "nie musisz", a jednocześnie tak trudne i jak się już uda to taka ulga. Dlatego Anielkę zamierzam wychowywać w minimalizmie. Miałam długą listę wyprawkową, którą sporządziłam jeszcze na początku ciąży, a na niej m.in. wszechobecne "niezbędne" otulacze muślinowe, bambusowe i takie tam. Kurczę, Nelkę wychowałam bez nich i dałam radę. Jeżeli chodzi o Anielkę, to nawet po Nelce sprzedałam wiele rzeczy, które się nie przydały, bo kupiłam tylko po to, by je mieć. A Anielce wystarczą pieluchy tetrowe, parę ubranek, pampersy i mój cyc tak naprawdę. Super damy sobie radę bez łapacza snu np. nad łóżeczkiem...
      Mam wrażenie, że internet potrafi tak wciągnąć, a zwłaszcza świat dzieci i matek w nim pokazany, bo przecież łatwo grać na uczuciach i emocjach matek, które chcą dla swojego dziecka wszystkiego co najlepsze. I jak dla mnie to naprawdę można się od tego nieźle rozchorować, jeżeli nie ma się zdrowego dystansu.

      Usuń
  3. Mądra z ciebie kobieta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy taka mądra, bo dałam się na to wszystko złapać i nabrać. Grunt, że zmądrzałam.

      Usuń
    2. Jesteś mądra bo masz refleksje, bo myślisz nad sobą, analizujesz zamiast bezmyślnie poddawać się owczemu pędowi. Mój syn nie miał kocyka lamillou, gumowej żyrafy za 70 zł, nie woziłam go w bugaboo, nie karmiłam piersią i kupowałam słoik zamiast biegać na bazar po ekomarchewkę. Nie poszedł do przedszkola Montessori za tysiąc miesięcznie tylko do samorządowego. I co? Jest cudownym, zdrowym, inteligentnym, komunikatywnym 4-latkiem.

      Usuń
  4. Święte słowa !!
    Moje dziewczyny nie będą miały pokoju jak z katalogu,butów które kosztują 200 zł,zabawek po 500zł.Ja nieraz nie zdążę umyć podłogi czy naczyń,ale jestem szczęśliwa bo widzę że Zu jest szczęśliwa,że cieszą ją zwykłe rzeczy,gonienie motylka czy szukanie biedronek :)

    OdpowiedzUsuń