O gotowości

wtorek, września 22, 2015


Jest godzina dwudziesta druga. Nelka śpi, Marcin na służbie. 

Leżę w łóżku ze zgagą i po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna nie robię kompletnie nic. Nic od siebie nie wymagam. Nie wymyślam zadań. Nie planuję obiadu na jutro. Nie notuję w organizerze i nie odhaczam, co dziś dokonałam i ile zostało mi do zrobienia na najbliższy tydzień. 

Leżę. I myślę. O sobie i swojej rodzinie. 

Bo tuż za rogiem czyha na nas Wielka Rewolucja. 
I tak się zastanawiam, na ile jestem na nią gotowa. Czy dostatecznie przygotowałam siebie i nas przez te dziewięć miesięcy "błogosławionego" stanu?

Nie wiem. 

Nie mam pojęcia, czy w ogóle możliwe jest, by przygotować się na coś, czego nigdy się nie doświadczyło. Bo niby skąd mam wziąć wyobrażenie o tym, jak będzie wyglądać nasze życie z dwójką dzieci? 

Wiem tylko, jak wygląda teraz, z jednym. 

A więc pójdźmy dalej. 

Patrzę sobie tak z perspektywy czasu na swoje macierzyńskie początki. I jestem zdruzgotana, szczerze. 

To był chaos w domu, mętlik w głowie i kryzys w związku w jednym. 

Pamiętam moje rozedrgane ręce, próbujące utulić rozwrzeszczane dziecko. To nowe, tak bardzo mi znajome, a jednocześnie wciąż jeszcze niepoznane dziecko. 
Wspominam łzy cisnące się do oczu w każdej sytuacji, kiedy poczucie bezradności siadało mi na barkach i wgniatało mnie całym swoim ciężarem w ziemię. 
Zamykam oczy i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki potrafię poczuć całą sobą to parszywe uczucie niewiary w swoją osobę. Niewiary - jakby to ten cholerny młody wiek był jedyną przyczyną niekompetencji. 
Pamiętam dokładnie twarze wszystkich ludzi, którzy patrzyli na mnie wyłącznie jak na nieodpowiedzialną nastolatkę, która wpadła i nie wie teraz, co poczynić z owocem swojej lekkomyślności. A ja przecież chciałam tego dziecka, pragnęłam go, starałam się o nie. To była (świadoma) decyzja - chciałam im wykrzyczeć. Ale milczałam.

Najbardziej żałuję, że nie poznałam wówczas, czym jest (matczyna) intuicja. Dlatego też nie umiałam się na nią zdać. 
Wciąż byłam podenerwowana. Niespokojna. Roztrzęsiona. 
Nasłuchiwałam byle świstów w oddechu i stresowałam się tekstami o "mało treściwym" pokarmie w piersiach. 

Moje dziecko płakało. Często. Nie dlatego, że jego brzuszek atakowały napady kolki/że ktoś je "zauroczył"/że miało mokro w suchej pieluszce. Płakało, bo zwyczajnie nie czuło się bezpiecznie przy matce, która wciąż wahała się przy wykonywaniu najprostszych codziennych czynności. 

A wystarczyło wyciszyć się i po prostu posłuchać głosów wydobywających się z wnętrza. Z serca. Posłuchać tego Nic Niewiedzącego o Świecie Niemowlaka. Wyłączyć Święcie Nam Panujący Internet. Zamknąć drzwi przed nosem wszystkim Ciotkom Dobra Rada. Odseparować się od świata na jakiś czas i zwyczajnie nauczyć się siebie nawzajem.

A wystarczyło nabrać wiary w swoje kompetencje. I ufności, że JESTEM WSZYSTKIM  i, nie mając nawet elektronicznej niani (!!!), POSIADAM WSZYSTKO (ciepłą pierś, by nakarmić, silne ramiona, by ukołysać i kochające serce, by... kochać), co jest potrzebne Nowemu Życiu, by mogło przetrwać.

Wystarczyło. Dziś to wiem. Jestem pewna.

Jestem gotowa na Wielką Rewolucję.


Te posty mogą Ci się spodobać:

3 komentarzy

  1. jak bym czytała o moim moich początkach... pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Notka piękna, tak bardzo potrzebna kobietom, dziewczynom które po raz pierwszy zostaną mamami. Wiesz, ja też nie słuchałam swojej intuicji, też miałam ochotę wywrzeszczeć,że i nasza Tola to nie wpadka, a ślub nie z przymusu. Też tak jak Ty milczałam... Również przeszliśmy z Mężem przez wiele w tym okresie. Teraz z dwójką dzieci idziemy każdego dnia i wsłuchujemy się w nas i nasze potrzeby, inni się już tak bardzo nie liczą...

    OdpowiedzUsuń
  3. Jako niedoświadczona przyszła matka dziękuję za wpis.

    OdpowiedzUsuń