Na finiszu

wtorek, października 06, 2015

Piękną jesień mamy tego roku. Lubię jesień. Spacery najbardziej lubię jesienią. Lubię wdychać zapach chłodnego, ale jeszcze nie mroźnego powietrza. Lubię plączące się pod nogami kolorowe liście. 
Ta jesień jakoś mi umyka. Jakby życie toczyło się gdzieś obok. Albo jakby była jedynie ledwie zauważalnym tłem do tego całego Oczekiwania. Już mocno zniecierpliwionego Oczekiwania.



Wyobraźcie sobie 40. tydzień ciąży. Tę ociężałość, te bóle przy chodzeniu, permanentne skurcze i porodowe objawy, do których już tak przywykłam, że nawet się nie łudzę, że to właśnie dziś będzie BUM! 
Wyobraźcie sobie niemożność snu, ciągłe wizyty w toalecie i bardzo małą ilość ruchów dziecka w brzuchu, ten strach, który doprowadza mnie niekiedy do rozpaczy. 
A propos rozpaczy i ruchu. Dodajcie do tego wszystkiego chwiejność emocjonalną i ruch, dużo ruchu - tego starszego dziecka, rzecz jasna.

Właśnie w takich okolicznościach przyrody przyszło mi teraz trwać.

Jestem na skraju wyczerpania psychicznego i fizycznego. Tak źle jeszcze nie było. Ta ciąża była sielanką. Aż do teraz.  Teraz fajnie nie jest.

Jestem jak tykająca bomba. W każdej chwili mogę wybuchnąć. I bynajmniej nie chodzi mi o poród, chociaż to też, wiadomo. Jednak bardziej mam na myśli napady: niepohamowanej i bezpodstawnej złości czy też równie niepohamowanego i bezpodstawnego szlochu. 

Czuję się źle i marzę, żeby się to wreszcie skończyło. Jednocześnie odwlekałabym tę chwilę w nieskończoność, bo...

... siedzi gdzieś we mnie jakiś niepokój. Boję się szczególnie o Nelkę - jak ona wytrzyma moją nieobecność, spowodowaną pobytem w szpitalu. Bo wiem, że mi będzie cholernie ciężko. Jasne, tłumaczę jej to wszystko, ona kiwa główką, rozumie, zgadza się. Ale jak to będzie, jak już dojdzie co do czego... tego nie wiedzą nawet najstarsi Indianie. 

Chciałabym, żeby to wszystko było za nami, to znaczy żebym była już z powrotem w domu z Anielką. A przecież jeszcze nigdzie nie poszłam... 

To naprawdę frustrujące, to całe czekanie. Latam z Nelką na spacery, sprzątam jak głupia, mogę śmiało rzec, że nie oszczędzam się jakoś specjalnie. Nadal nic się nie dzieje. 

Kornelia puka w moje powłoki brzuszne i woła siostrę. Ciągle mnie pyta "kiedy?" i oznajmia, że "ona już chce". Ma rację, bo ileż można na ciebie czekać, Anielko? Jesienne kolorowe spacery po parku czekają na nas, wychodź! 




Te posty mogą Ci się spodobać:

0 komentarzy