Pierwsze spotkanie z Anielką

środa, listopada 04, 2015


9. października
Wizyta u ginekologa prowadzącego. Lekko skrócona szyjka macicy. Brak innych objawów zbliżającego się porodu. Zalecenie, by dzień po terminie stawić się w szpitalu.

10. października
Dzień spędzony w rodzinnym mieście. Funkcjonuję "normalnie" tzn. tak jak w ostatnich kilku tygodniach: coś tam boli, coś tam uwiera, moje chodzenie przypomina bardziej człapanie się. 
Niby zwyczajnie, ale wieczorem intuicja podpowiada po cichu, że jest inaczej. Jasne, że nie dopuszczam tego szeptu do siebie. 
Wracamy do Tomaszowa, rozpakowuję nasze walizki, biorę ciepły prysznic jak co dzień i kładę się spać.
Całą noc przesypiam nieprzerwanie, leżąc na jednym boku. Budzę się 11. października o godzinie 5 nad ranem. Otwieram jedno oko i jedyne co do mnie dociera to właśnie ten ból prawej strony ciała. 
Wstaję, udaję się do łazienki, niby wszystko jest ok, ale czuję się lekko dziwnie. 
Wracam do łóżka, leżę jeszcze pół godzinki, trochę na wpół przytomna. Drzemię. 

5.30. Coś na kształt budzika. Tyle że bez dźwięku. Zrywa mnie na równe nogi. Skurcz? Nie, skądże! To jeszcze nie dziś! 
Wpadam w panikę. Niemożliwe, gin mówił przecież, że nic się nie zapowiada. 
Czekam jeszcze trochę. Mierzę te 'niby skurcze'. Co dwie minuty!!! Cholera, co dwie minuty??? 
Ale jakieś inne te skurcze niż przy pierwszym porodzie... 
Budzę Marcina. Co chwila zgina mnie wpół, ale wciąż jeszcze zastanawiam się, czy to TO. 
Mija pięć kolejnych minut. Nadal niepewna sytuacji każę w końcu dzwonić Marcinowi po teściową, by przyjechała do Nelki. 

Jest godzina 6. Tak około. Teściowa musi dojechać z innego miasta. Czas się dłuży. Coraz dobitniej upewniam się, że tak, to na pewno skurcze porodowe. Co dwie minuty! Łatwiej je znosić, kiedy wtulam się mocno w Marcina. 
Tak, to będzie dziś. Dziś poznam moją drugą córeczkę...

Zaczynam płakać. Bo przecież mogłoby się zacząć za dnia. Nie tak rano. 
Neleczka śpi. Jak oni jej wytłumaczą, że nagle zniknęłam? Tak bez pożegnania... 
Idę do sypialni. Całuję Nelkę, ale za moment wybiegam z pokoju, bo łapie mnie kolejny skurcz. Nie chcę jej obudzić. Ale chcę, by się obudziła.
Budzi się. Na sekundy przed przyjazdem teściowej. Zdążam wszystko jej wytłumaczyć i pożegnać się. 
"Mamusia jedzie do szpitala. Zostaniesz z babcią, dobrze, kochanie? Przywiozę ci siostrzyczkę"... 
"Hurrra!" - słyszę w odpowiedzi. Odrobinę mi lepiej.

Ruszamy do szpitala. W oczach mam strach. Jest trochę zbyt późno. Ten cholerny dodatni GBS... Trzeba podać antybiotyk. 

W końcu leżę na porodówce. Podłączona pod KTG. Położna poharatała mi już wszystkie możliwe żyły, nie mogąc się wkłuć. 
Bada mnie lekarka. 8cm rozwarcia! 
Że ile?
"Czemu pani tyle zwlekała z pojawieniem się w szpitalu???
Ale jak to zwlekałam?... Przecież godzinę temu poczułam pierwszy skurcz... Skąd to 8cm? Przespałam pierwsze skurcze? A może były bezbolesne?
"Dziecko waży niedużo. Nie widać niewspółmierności. Poród posuwa się w dobrym kierunku. Chce pani rodzić naturalnie?"
...
Chwila zawahania. Naturalnie? Czy chcę? Mój gin.... 
Eh, to już bez znaczenia...
Co z tym GBSem? Przecież od podania antybiotyku do porodu powinny minąć 4 godziny... Tu pewnie nie miną. 
A co jak pęknie blizna? Mój gin...
Odmawiam. Odmawiam porodu naturalnego. I czuję, że podejmuję słuszną decyzję. Czuję się spokojna!

Położna ściąga mnie siłą z łóżka i, szarpiąc mocno za ramię, prowadzi w kierunku sali operacyjnej. 
"Szybciej, nie ma czasu przecież!" - syczy przez zaciśnięte usta. 
Przez moment przemyka mi przez głowę myśl, że jestem dla nich trochę jak krowa prowadzona na rzeź. Ale to nieistotne. Ci ludzie i ich słowa nie mają dla mnie żadnego znaczenia - oni przeminą. Teraz najważniejsze jest moje dziecko.

Operacja jakoś się dłuży. Boli mnie ręka, wykręcona w drugą stronę i łapie mnie skurcz w ramię. Robi mi się słabo. Podają jakieś zastrzyki. Wymiotuję. 

7.45. Słyszę krzyk. Jeszcze jej dobrze z brzucha nie wyjęli, a już się tak drze! 
Cudowne uczucie. Ulga.

Zszywają mnie. Trwa to wieki. Przynoszą Ją. Jest śliczna. I tak różna od Nelki. Pachnie cudownie. I jest niezwykle mięciutka. 

Proszę o możliwość nakarmienia Jej zaraz na sali pooperacyjnej. Zgadzają się. Z Nelką nie zaznałam tego luksusu...

Sala pooperacyjna.
Jest Marcin. Jest Aniela. Tulimy się. Jest kontakt 'skóra do skóry'. I cycuś. Tak ładnie sobie z nim radzi. Jest to wszystko, czego nie było przy porodzie z Nel. Przepełnia mnie szczęście. Chciałoby się rzec: "Tak bardzo mi tego brakowało". Czego? Tego, co nieprzeżyte z Nel...

Nie zabierają Jej na te 24 godziny, które muszę spędzić, leżąc plackiem. Jest ze mną, przy mnie, tuż obok. 
Błogostan. Okrutnie bolesny, ale błogostan.


***
Pobyt w szpitalu okazuje się nie być tak trudny, jaki był w moich wyobrażeniach. Oczywiście pod względem lekarzy, położnych i pielęgniarek z oddziału noworodkowego. Bo psychicznie było mi naprawdę bardzo ciężko - głównie z powodu ogromnej tęsknoty za Nelką i baby bluesa, który pojawił się w trzecim dniu po porodzie (płacz, lament bez powodu itd.).

Aniela zdrowa jak ryba. Dodatni GBS przedostał się do jej organizmu przez rozwarcie, ale ponieważ nie wyraziłam zgody na poród siłami natury (chwała ci, matczyna intuicjo!), jego poziom był tak niewielki, że Anielka upora się z nim sama i nic jej nie zagraża. Urodzona w niedzielę, gotowa do wypisu we wtorek.
Szpital w Tomaszowie praktykuje zwyczaj wypisywania matek po cesarskim cięciu dopiero w 5. dobie po zabiegu, co oznaczało, że wypuściliby mnie dopiero w piątek. Masakra. A ja w środę latałam już jak sarenka po szpitalu. Stąd decyzja o wypisie na własne żądanie w czwartek. 


***
Sporo się zmieniło w tomaszowskim szpitalu na przestrzeni tych dwóch lat, kiedy ostatnio tam leżałam. Wówczas miałam bardzo dobre zdanie o lekarzach i położnych, natomiast wielką niechęć wzbudziły we mnie pielęgniarki noworodkowe. 
Dziś widzę, że lekarze nie do końca są tacy super. Nikt nie chciał udzielać Marcinowi informacji o moim stanie zdrowia, chociaż był przeze mnie do tego upoważniony. Kiedy poszłam na rozmowę do ordynatora w celu wypisu na własne żądanie, zostałam przyjęta w progu. Ordynator nawet na mnie nie spojrzał, nie podniósł wzroku znad swoich papierków, a na moją prośbę odparł "Nie ma najmniejszego problemu". Potem podpisałam się pod oświadczeniem, że zostało mi dokładnie nakreślone, jakie mogą być konsekwencje przedwczesnego wypisu, a przecież nie miałam o tym bladego pojęcia, bo nikt mi takich informacji nie udzielił. 
Położne wciąż takie same. W większości wypadków bardzo miłe i pomocne. 
Jeżeli chodzi o oddział noworodkowy to tam zaistniały największe zmiany. Zachęcanie do karmienia piersią, praktykowanie rooming-in, pielęgniarki jakieś takie... przystępniejsze. 
Nawet na doradztwo laktacyjne znalazło się miejsce w tomaszowskim szpitalu.
Jednak wciąż nie jest to raj dla rodzących kobiet. Cięcie cesarskie za cesarskim cięciem. Masę kobiet na oddziale, a na palcach jednej ręki można zliczyć te rodzące naturalnie.

Przetrwałam jednak. Szpital to szpital, nigdy domem nie będzie.
Dopiero w domu zaczyna się prawdziwa przygoda.
Piękna przygoda życia.

Te posty mogą Ci się spodobać:

0 komentarzy