Kiedy mam dość...

sobota, grudnia 19, 2015


Gonię. Za jedną, za drugą. Nie nadążam.
Ścigam się z sobą. Z milionem obowiązków. Z czasem, który biegnie wciąż za szybko. I tak nie wyprzedzam. Nic i nikogo.

Czasem minut w dobie brakuje na coś co konieczne. A gdzie jeszcze chwila na to, by w tym chaosie odnaleźć samą siebie... Ciszy mi brakuje. W mojej głowie. Sekund w samotności. Ciągłe "Mamoooo, mamo...", płacz, marudzenie, "Uprałaś już moje spodenki do biegania?". Natłok myśli galopujących w coraz dalsze rejony. Noce bezsenne - bynajmniej nie przez nieśpiącego niemowlaka.
Łzy. Częściej wzruszenia niźli zmęczenia, ale jednak. Chwiejne nastroje. Poczucie winy, że jedną zaniedbuję kosztem drugiej, ale przecież tak naprawdę zajmuję się obiema jednocześnie.

Bywa ciężko. Momentami chciałoby się rzucić to wszystko w cholerę i uciec tam, gdzie pieprz rośnie, jednak zostaję. Bo tak kocham. Bo nie umiem bez nich żyć. 

Kiedy nie wyrabiam na zakrętach, znikąd pojawia się myśl :"To kiedyś minie"... Ona huczy mi w umyśle. I nie wiem wtedy, czy faktycznie chcę, by mijało...

Niegdyś nadejdzie noc, że wreszcie się wyśpię. Nadejdzie wieczór, który spędzę z kieliszkiem wina w dłoni z mężczyzną mojego życia. Nadejdzie dzień, że wszystko będzie na spokojnie. 

I jednocześnie nadejdzie noc, kiedy cisza będzie rozrywać mi serce. Nadejdzie dzień, w którym zatęsknię za maleńkimi rączkami oplatającymi mi szyję i "Kocham cię, mamusiu" szeptanym do ucha. Przyjdzie moment, że łza się w oku zakręci, gdy ogarnę wzrokiem mieszkanie: idealnie czysto, a nie zastaniesz nikogo, kto byłby chętny, aby ten stan zburzyć. Przestanę potykać się o zabawki. Nie usłyszę ich chichotu, chyba że we wspomnieniach. Będę gotować obiad bez wiecznie plączących się pod nogami potworków, podkradających łyżki.

Nastanie czas, kiedy moje maleństwa będą miały swoje życie. Zaczną decydować, do jakich jego sfer chcą mnie wpuszczać. Pojawią się tajemnice. I ja będę musiała im na to pozwolić. Będę musiała się z tym pogodzić. Wypuścić je w świat.

I jedyne co mnie trzyma to nadzieja, że na zawsze pozostanę dla nich ważna. Nie wymagam, by kochały mnie tak bardzo, jak ja je kocham. Wystarczy, by niegdyś mogły powiedzieć/pomyśleć, że miały cudowne dzieciństwo, kochającą rodzinę i mamę, która była ich najlepszą przyjaciółką.

Te myśli o przyszłości stawiają mnie do pionu. Wracam do rzeczywistości. Trenuję uważność. Doceniam tu i teraz. Cieszę się chwilą. Bo to co jest dziś, jutro będzie tylko CUDOWNYM wspomnieniem, chociaż wydawać by się mogło, że ten dzień był tak bardzo ZWYCZAJNY, że już bardziej się nie da... 
Za tydzień moje córki będą starsze. O kolejny tydzień. Nie chcę go zmarnować na roztkliwianie się nad trudami codzienności. Chcę go przeżyć. Patrząc na Nie.


Te posty mogą Ci się spodobać:

1 komentarzy

  1. Jakie słodkie aniołki :)
    Pięknie napisałaś, pięknie!

    OdpowiedzUsuń