Autoportret 2015

wtorek, stycznia 12, 2016

Początek nowego roku to dla niejednych multum postanowień, obietnic, deklaracji, życiowych rewolucji, które zazwyczaj jeszcze szybciej niż się pojawiły powodują zniechęcenie, a następnie powrót do starych nawyków. Osobiście wyznaję zasadę, że nic dobrego na tak zwany gwałt się nie dokona. Wielkie zrywy typu "Od dziś ćwiczę co dzień!" na mnie nie działają. Wolę cały rok małymi kroczkami podążać w określonym kierunku. 
Jeżeli mam nauczyć się jeść zdrowo, to powoli co jakiś czas wdrażam jeden nowy dobry żywieniowy nawyk. Już nieraz przekonałam się, że nieistotne jest tempo, jakim biegnę przez życie. Liczy się sam fakt, iż w ogóle poruszam się do przodu. Powoli znaczy dla mnie dokładnie i świadomie.

Tak się akurat składa, że nowy rok zbiega się u mnie z urodzinami, czyli kolejną datą w kalendarzu, która nakłania ludzi do refleksji nad sobą i swoim życiem. Ja chyba, o ironio losu, w tym roku nie rozmyślam tak dużo. Za to czuję, że idę w dobrą stronę, że to co obecnie dzieje się tu i teraz, jest właśnie tym, czego pragnę. 

Pewnego dnia kilka miesięcy temu, kiedy na dworze temperatury były jeszcze mocno dodatnie, a ja czekałam na swoją drugą córeczkę, opisałam sobie w notatniku bardzo dokładnie, jak chciałabym się zmienić. Jak ma wyglądać mój świat. Wypunktowałam, czego od życia oczekuję. Jakie mam cele. Gdzie podążam. Szczegółowo. A potem schowałam notatnik i jakoś tak o nim zapomniałam.
Dziś widzę, że już samo zapisanie sobie swoich planów potrafi czynić cuda. To niesamowite, ale jakieś dwa tygodnie temu podczas grzebania w szafce znalazłam zeszyt. A w nim te moje bazgroły. Wiecie, co się okazało? Że zadziałało. Zdecydowana większość moich pragnień, z których zwierzyłam się kartkom papieru, spełniła się! I nie, droga do ich spełnienia nie była katorżniczą pracą. Była przyjemnością, czymś co robiłam mimochodem i nawet nie zauważyłam, że w jakikolwiek sposób działam w imię swoich imaginacji.

Dziś moje urodziny. Chciałabym podsumować to, co wydarzyło się w ciągu 23. roku mojej egzystencji. Bo zmieniło się wiele, zwłaszcza przez ostatnie 3 miesiące.

W lutym 2015 roku, całkiem więc niedługo po poprzednich urodzinach okazało się, że jestem w drugiej upragnionej ciąży, co jednak zostało w początkowej jej fazie okraszone wielkim niedowierzaniem i niezliczoną ilością bezpodstawnych obaw. 
Czas do wakacji mignął nie wiem kiedy i niewiele z tego okresu mam wspomnień. 
Ciąża upływała mi bez większych dolegliwości fizycznych, rzekłabym, że była nawet o niebo łatwiejsza od tej pierwszej. 
Cały sierpień natomiast okazał się zdecydowanie najgorszym miesiącem w roku - niemiłosierny gorąc, który, zmęczony odmiennym stanem, organizm odczuwał wyjątkowo dotkliwie. Byłam sfrustrowana upałem, ociężałością. Hormony płatały figle, huśtawka nastrojów sięgnęła apogeum.
Potem całkiem nagle skończyło się ciepłe lato i zastała nas chłodna jesień.
Urodziła się Aniela. Po raz drugi zostałam mamą. Znów się zmieniłam. Jeszcze bardziej spoważniałam. A może dorosłam... wreszcie... Dorosłam do tego, by odsuwać od siebie złe myśli, pesymizm, smutek i toksycznych ludzi.

Nauczyłam się wdzięczności. Praktykuję ją co dzień. Nawet jak jest źle, to staram się myśleć na odwrót, nie pławię się w smutku i nie poddaję się czarnym scenariuszom. Nie podoba mi się już odgrywanie roli wiecznie bezbronnej ofiary.

Lubię siebie. Nareszcie. Oczywiście nie w stu procentach, ale sam fakt, że nie pałam odrazą do swojego ciała i w towarzystwie nie czuję się głupsza niż wszyscy inni ludzie to już mega wiele. Kocham moje ciało, bo podarowało mi dwójkę cudownych dzieciaczków i wygląda, jakby nigdy w ciąży nie było. Mogę na siebie patrzeć w lustrze. Nie wstydzę się wyjść z domu bez makijażu.

Wiem, jestem pewna, że marzenia się spełniają. Że nie powinnam się bać, że coś się może nie spełnić, bo pracuję na to i zasługuję, by stało się moim udziałem. Urzeczywistnienie najskrytszych pragnień to tylko kwestia czasu, a nie coś co dostanę od losu lub nie.
Jestem spokojna, bo wierzę, że na świecie istnieje dom, który na nas czeka i zawód, w którym odnajdę spełnienie.

Odżywiam siebie i swoją rodzinę zdrowo. Bardzo zdrowo. Tak zdrowo jak jeszcze nigdy. I co najważniejsze, weszło nam to już wszystkim w nawyk. Kornelia ma solidne podstawy, by jej organizm służył jej dobrze przez całe życie. Żadne z nas nie chorowało jeszcze tej jesieni i zimy. 

Mój tryb życia również ewoluował. Kiedyś byłam typem domownika, mruka i samotnika. Dziś uwielbiam spacery, świeże powietrze. Uwielbiam ludzi. Kocham rozmawiać. Dobrze to na mnie działa. Jak lekarstwo. Niegdyś nienawidziłam wsi. Teraz chcę być blisko natury. W harmonii z prawdziwym światem, nie z internetem.
Dążę do prostoty i minimalizmu. Nie gonię, by mieć, bo wolę być. Tu i teraz.


Tak właśnie drastycznie zmieniłam się na przełomie 2015 i 2016 roku. 

To niesamowite. Niejednokrotne próbowałam odwrócić swój tok myślenia, czytałam miliony książek na ten temat, próbowałam relaksacji. Pomagało. Na jeden dzień, dwa. Miałam wiedzę teoretyczną, ale nie potrafiłam jej odnieść do rzeczywistości. 
Wystarczyło wsłuchać się w siebie. Samą siebie przekonać. Z samą sobą pogadać. Zaprzyjaźnić się ze swoim wnętrzem. Zaakceptować je. 
Nie mam złotej recepty. Nie wiem, jak tego dokonałam. Po prostu. Jakoś tak wyszło. Po pewnym naprawdę złym okresie stwierdziłam, że - tak mocno jak nigdy - mam dość. Wyjątkowo dość narzekania, robienia z siebie ofiary, umartwiania się, płakania i przejmowania tym, co powiedzą ludzie. 

I piszę o tym wszystkim dopiero teraz, kiedy utwierdziłam się w przekonaniu, że ta przemiana nie jest chwilowa. To coś trwałego. I pięknego. Teraz widzę, że choć mogę liczyć tylko na męża i dzieci, i choć mamy tylko siebie, to jest coś jeszcze. Ja mam... siebie. Mogę liczyć na pocieszenie i poklepanie po ramieniu od samej siebie. Bo jestem swoją najlepszą przyjaciółką. Najlepiej siebie rozumiem. Jestem wartościowa. I naprawdę to czuję. 

Te posty mogą Ci się spodobać:

3 komentarzy

  1. 23 lata i takie mądre teksty :) Chciałabym znowu mieć tyle lat co Ty... I chciałabym zaakceptować siebie tak jak Ty. Zupełnie jakbym o sobie czytała. Ale dalej jestem upartym koziorożcem.
    Też jestem ze stycznia, tyle że 13-go i w tym roku już 30 wskoczyło :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już 24 lata, kochana :)
      Po 30 zaczyna się życie, tak mówią, także głowa do góry :)

      Usuń
  2. Witaj! Trafiłam do Ciebie przez przypadek, po prostu dałam następny blog z mojej strony. Przejrzałam już dwa lata Twojej, Waszej historii. Myślę, że nadrobię resztę. Tymczasem pozdrawiam serdecznie. Składam szczere życzenia dla Ciebie, męża i córeczkę. Cudne są te Twoje dziewczyny! I mają świetne oryginalne imiona :))) a i czy wspomniałam już że się rozsiadam tutaj u Ciebie wygodnie? :))

    OdpowiedzUsuń